Ja nie z tych, którzy z wypiekami na twarzy zaczytują się w Paranormalne.pl. Ja też nie z tych, którym łatwiej wierzyć, niż wiedzieć. Ja również nie z tych, którzy będą iść w zaparte, że nie lubią sobie czasem poczytać o zjawiskach trudnych do wytłumaczenia na bazie obecnej wiedzy o świecie. Tak, czasem wpada mi interesujący tekst o paranormalnych sprawach, którego lekturze poświęcam odpowiednią ilość swego czasu i uwagi.
Tak było z tekstem pt. „
Widziani po śmierci, czyli zjawy kryzysowe”, mówiącym o „duchach” zmarłych, które szukają kontaktu ze swoimi żyjącymi bliskimi. Jedni po śmierci jawią się jako „żywe” postacie, inni dzwonią z zaświatów, a jeszcze inni kombinują z różnymi znakami. Wszystkie przypadki mają wspólny mianownik: odwiedzanych i zmarłych łączyła emocjonalna nić.
We wspomnianym artykule o zjawach kryzysowych nie brakuje przykładów takich zdarzeń. Gdzieś pomiędzy entą a następną przytoczoną historią po moich plecach przeszedł cholernie zimny dreszcz. „Przecież ja też...” - pomyślałem.
W przyszłym roku, na wiosnę, minie dziesięć lat od samobójczej śmierci Smoka. Smoku był moim kumplem od czasów wczesnego dzieciństwa. Mieszkaliśmy w jednym bloku, w sąsiednich klatkach. Nasze matki się przyjaźniły, jego starsze siostry niańczyły mojego młodszego brata, a my – dwa zodiakalne skorpiony – samodzielnie zdobywaliśmy świat (a przynajmniej wiedzę o nim).
Był starszy ode mnie o dwa lata, ale nie przeszkadzało nam to w niczym – a wręcz przeciwnie: różnica wieku rozstrzygała kwestię przywództwa, co przy dwóch tak podobnych osobowościach było niezmiernie ważne :) Długo by wymieniać nasze wspólne pomysły, biznesy, przygody i kolejne „szlabany” od rodziców, na jakie z żelazną konsekwencją, niestrudzenie pracowaliśmy :)
Nasze drogi rozchodziły się w dwóch etapach. Pierwszym z nich było rozpoczęcie nauki w szkole średniej. On edukację kontynuował w innym mieście, a ja – po skończeniu podstawówki, zmieniłem nie tylko „budę”, ale i towarzystwo. Drugim etapem była moja przeprowadzka na osiedle znajdujące się na drugim końcu miasta.
Ostatnie nasze spotkania były przypadkowe i coraz rzadsze, ale gdy już do nich dochodziło, były długie i porządnie sponsorowane przez %. Pamiętam nasze (przed)ostatnie spotkanie. Jechałem samochodem, on piechotą wracał od dziewczyny. Zabrałem go ze sobą, a po odstawieniu samochodu poszliśmy jeszcze na piwo.
Ponad pół roku po przeprowadzce dowiedziałem się od kolegi ze starych okolic, że Smoku nie żyje. Że powiesił się trzy dni temu na drzewie... Wykłócałem się, że to niemożliwe, bo przed dwoma dniami gadałem z nim na przystanku nieopodal mojego bloku. Szedłem wtedy do sklepu, a on szedł do pracy w przeciwnym kierunku: zatrzymał się, przywitaliśmy się i zamieniliśmy kilka słów. Ale to była szybka rozmowa, prowadzona w pośpiechu podobnym do tego, jaki towarzyszy ludziom, z których jeden spóźnił się na autobus i musi zasuwać piechotą, a drugiemu zabrakło soli, a zupa już się gotuje.