O północy dobiegła końca tygodniowa żałoba narodowa. Tak ją Komorowski zarządził i tak obowiązywała, choć osobiście uważam, że ta jej szczera wersja tak naprawdę skończyła się drugiego dnia po katastrofie. 10 kwietnia szok, 11 szok i prawdziwe przygnębienie, a od poniedziałku kirem przepasany spektakl medialny pt. „Nasz kochany pan prezydent...”.
Niektórym od tego szoku we łbach klepki musiały się poprzestawiać, skoro nagle takim szacunkiem i uwielbieniem zapałali do tych, których jeszcze przed paroma dniami gównem obrzucali. Z dnia na dzień ideałami stali się ci, którzy jeszcze kilkadziesiąt godzin wcześniej byli powodem do wstydu i obiektem drwin.
Ja bym chyba zmartwychwstał dla tych wszystkich oddanych przyjaciół, którzy ujawniliby się dopiero po mojej śmierci. Ale czy tak nie jest, że niektórzy życie oddać by byli skorzy za tych, którzy już umarli w sposób wstrząsający? Kochają współczuć, kochają żałować, kochają „wieczne odpoczywanie” śpiewać.
Kraj nasz zwariował. Kraj nasz okrył się żałobą, a następnie tłustą obłudą. Każdy do obiektywu łezkę ronił, każdy pieprzył o pojednaniu, każdy coś deklarował i co się okazuje? Niemal każdy z tych każdych pierdolił od rzeczy. Gdy tylko opadły te faktyczne, najszczersze emocje, górę wzięły populistyczne gierki. Durne, puste gierki pod publikę i dla własnego interesu. Na półmetku żałoby festiwal lansu i autopromocja kręciły się w najlepsze.
A te cymbały z flagami z nazwami miejscowości, to do Krakowa pojechały w żałobie żegnać ukochaną parę prezydencką, czy raczej stać z chorągiewką z nazwą swojej dziury, by zobaczyć się na telebimie i pomachać do kamery znajomym? Na Małysza wypierdalać z tymi machajkami, a nie na pogrzeb prezydenta i jego małżonki!!! Gwoli ścisłości: ten akapit nie jest adresowany do wszystkich przybyłych do Krakowa na pogrzeb, a jedynie do tych turystów, którzy bez flagi z nazwą swojej miejscowości nie ruszają się nigdzie, gdzie są kamery i można pomachać. Przybyli żegnać prezydenta, czy pokazać się w telewizji?
Przez dwa pierwsze dni autentycznie byłem przybity, ale w końcu ogarnąłem to, co się stało, przełknąłem i po cichu trawiłem. Wraz z poniedziałkiem wróciłem do codziennych spraw, a w mediach z płaczem dopiero się rozkręcali, co rusz podkładając mi ziarna grochu i tłuczone szkła pod kolana, jakby mało było tego, że w duchu szczerze przyklęknąłem - co w sumie nieczęsto mi się zdarza. Niemal na każdym kanale ten sam spektakl; nie dało się oderwać od przygnębienia oglądając w tv jakiś film lub coś niezwiązanego z Katyniem. Przecież tylu przyjaciół zabitych nagle się ujawniło i każdy z nich musiał przed kamerami łezkę uronić... Nie ważne, czy się w sercu czuje, bo ważne, co się pokazuje. Rzygać mi się chciało tym lukrem, jakim polewano trumny Kaczyńskich, których za życia najchętniej oblano by szambem. A jeden taki, z Torunia zaiste, to już swego czasu osobiście w kierunku prezydentowej z szambem wyjechał.
Ciąg dalszy "Tygodniowa obłuda narodowa dobiegła końca"