Myślałem: „Nie daj Boże, żeby Jarosław został kandydatem w wyborach prezydenckich”.
Stało się, więc teraz większe „nie daj Boże”: nie daj Boże, aby te wybory wygrał! A szanse na wygraną może mieć znacznie większe, niż jego tragicznie zmarły brat na reelekcję.
Pochowany wraz z małżonką na Wawelu Lech Kaczyński stał się bohaterem narodowym, obiektem czci i wielkiego współczucie. Po jego śmierci miliony obywateli wybaczyło mu jego prezydenturę, na którą tylko narzekali. „Hamulcowy”, „kula u nogi”, „marionetka w rękach brata”, „żałobnik” i pewnie inne, których nie słyszałem lub po prostu zapomniałem. Tak czy owak przed tragedią pod Smoleńskiem Lech Kaczyński nie cieszył się popularnością, w sondażach wybory prezydenckie przegrywając z kretesem. Jego tragiczna śmierć wszystko zmieniła i cała miłość i ckliwość drzemiąca w sercach rodaków spłynęła na niego wodospadem.
Lech Kaczyński miał ubiegać się o reelekcję, do czego namawiała go partia jego brata, Jarosława. Mimo marnych szans na ponowną kadencję, był najmocniejszym kandydatem. Po jego śmierci nastała pustka; nie tylko w sercach narodu i pałacu prezydenckim, ale też puste miejsce na pozycji kandydata PiS-u w wyścigu o prezydenturę.
Prawo i Sprawiedliwość straciło jednego z najważniejszych polityków. W partii zdominowanej przez Jarosława Kaczyńskiego nie było miejsca dla innych graczy, którzy mogliby się rozwijać i rosnąć w siłę w świadomości narodu na tyle, aby teraz stać się rezerwowymi, silnymi kandydatami do wyścigu o urząd prezydenta. Wybijający się z szeregu Zbigniew Ziobro oddelegowany został do Brukseli, bo tu, na miejscu, za dużo go wszędzie było i zagrażać mógł popularności prezesa partii. Jakieś tam jeszcze zawirowania w PiS były, ale przyznaję, że nie śledzę specjalnie tego, co się tam dzieje, ani nie mam ochoty teraz brakującej wiedzy uzupełniać. Opieram się na tym, do mojej głowy wpłynęło razem z innymi informacjami z pierwszych stron portali informacyjnych.
Dziś, kiedy Lech Kaczyński nie żyje, partia nie miała mocnego kandydata. Właściwie nie miała nawet kandydata na kandydata. Z partyjnych wyrazistości był Lech, jest Jarosław, Zbych się zbył, a pomysł ewentualnego wystawienia w wyborach tego trzeciego został ubity w zarodku. Pozostał jedynie Jarek. Jarek, o którym wielu z opłakujących jego brata mówiło, że z dwójki bliźniaków to Lech był sympatyczniejszy, a brat jego zupełnym przeciwieństwem.
Sympatie i antypatie na bok (przynajmniej chwilowo) i z zupełnie innej beczki teraz zapytam o pierwszą damę Polski? Kto miałby nią zostać, skoro Jarosław jest kawalerem? Dla mnie prezydent, jako głowa narodu, powinien być żonaty. Prezydent, głowa narodu, mąż stanu. Kobieta u boku mężczyzny jest jego lepszą stroną, stanowi równowagę i ociepla wizerunek. Wracając teraz do wizerunku: Jarosław nie budzi mojej sympatii: podejrzliwe spojrzenia, wyraz zaciętości na twarzy, dyktatorski styl, ostry ton przemówień - przeto wątpię, by jakaś kobieta była w stanie ocieplić ten imidż. Obawiam się, że ożenienie Jarosława na potrzeby prezydentury przyniosłoby skutek odwrotny do zamierzonego i kobieta jeszcze bardziej podkreśliłaby negatywne cechy prezesa PiS. Często też, pytając o żonę Jarosława, której on nie posiada, mawiano „prezes nie ma żony, ma kota”. Jak to teraz rozumieć i czego ewentualnie się spodziewać? Alik - pierwszy kot kraju?
W wyborach prezydenckich PiS wystawi Jarosława Kaczyńskiego. Najbardziej wyrazista twarz partii, najbardziej przywódcza i najbardziej przypominająca byłego prezydenta, tak bardzo (po)kochanego po śmierci. Zdaniem socjologów wyborcze szanse Jarosława są znacznie wyższe od tych, które miał jego brat. Wielu ludzi gotowych jest zagłosować na Jarka tylko dlatego, że jest bratem Lecha.
Media skutecznie nakręciły współczucie i uwielbienie dla Lecha i Marii Kaczyńskich, przez co momentalnie zostali oni przez naród (i media) pokochani. Te ich wady, z którymi było to możliwe, zostały przerobione na zalety, pozostałe przemilczano, dorzucono kilka miłych faktów, o których wcześniej nie wspominano i oto pośmiertnie zbudowano zupełnie nowy, diametralnie inny od poprzedniego, wizerunek prezydenckiej pary.
Na tym współczuciu, miłości i poczuciu winy wobec Lecha Kaczyńskiego (wielu ludzi biło się w pierś za swoją niesprawiedliwość wobec prezydenta) ma szansę popłynąć jego brat. Ludzie są gotowi zagłosować na niego, bo jest jedynym bratem czczonego Lecha, a przy tym tak podobnym, bliźniakiem. Abstrakcyjna wizja, ale w naszym kraju nie takie już dziwy miały i mają miejsce!
Dreszczami reaguję na myśl o ewentualnej prezydenturze Jarosława. Lechowi Kaczyńskiemu zarzucano, że jest prezydentem jednej partii - partii swojego brata i że daje sobą manipulować będąc marionetką sterowaną przez brata. Jeśli Lech Kaczyński, za życia uważany za bodaj najgorszego prezydenta III RP, był takim antyrządowym, pro PiS-owskim i niepopularnym pomimo posiadania żony, to jakim może być Jarosław?
Coś mi się, zdaje, że znowu może mieć miejsce mobilizacja, by zagłosować „przeciw”. I znów będzie granda pt. "Jarosław Kaczyński w drodze po władzę".
Inna sprawa, że dla dobra wszystkich lepiej by było, żeby nie wygrał.
Nie wierzę w to, że ludzie nagle pokochają PiS. Mam nadzieję, że się nie mylę.
Jestem zażenowany kandydaturą Jarosława. Nie ma za grosz wstydu.
Kaczyński ma wady różne, ale akurat brak żony to wada żadna, albo prawie żadna.
No i własciwie, o co tu kruszyć kopię? Że Jarosław kandyduje? A co niby ma zrobić? Kogoś PiS wystawić musi, zdecydowano się na Jarosława. I dobrze. Czy w związku z tym, że zginął jego brat, to człowiek ten ma zaprzestać uprawiania polityki?
Ba, powiem więcej, ewentualna wygrana Jarosłąwa oznacza także pewną szansę (i jednocześnie zagrożenie) dla samej partii. Jako prezydent, Jarosław na pewno nie bedzie mógł sterować PiSem a już zwłaszcza w dotychczasowym stylu, tzn. "żelazną ręką". Jest to szansa na otwarcie się partii na nowych ludzi z nowymi pomysłami.
Krzyśku, urząd prezydenta jest na wskroś przesiąknięty funkcjami reprezentantywnymi, a chodzą głosy, aby w Polsce przyjąć styl prezydentury jeszcze bardziej niemiecki, tzn. jeszcze bardziej ograniczyć władzę prezydenta, potęgując przy tym jego rolę osoby reprezentującej kraj, a nie rządzącej (od rządzenia jest król).
Rządy platformy przy równoległej kadencji Lecha Kaczyńskiego pokazały, że obecny model z prawem prezydenckiego weta na czele jest zły w przypadku partyjnego prezydenta spowinowaconego na stałe z partią opozycyjną. Jeśli Lech Kaczyński, zapowiadający weta ustaw, o których nawet nie słyszał, jest lepszą wersją Jarosława, to łatwo sobie wyobrazić, jakim przeszkadzaczem byłby ten drugi. Tłumaczenie byłoby zawsze jedno "oni wszyscy chcą źle, jedynie PiS chce dobrze".
Prezydentura reprezentacyjna opiera się na wizerunku. Prezydent bez żony jest jak samochód bez kół. Jak można zaufać facetowi bez własnej rodziny (żony, dzieci). To właśnie rodzina ociepla wizerunek mężczyzny, świadcząc przy tym o jego odpowiedzialności, dojrzałości, empatii i pewnego rodzaju normalności. Mężczyzna wiąże się z kobietą, płodzi z nią dzieci i opiekuje się nimi, co jest naturalne.
Ponadto, począwszy od Kwaśniewskiej, rola Pierwszej Damy nabrała znaczenia dla szarych obywateli. Żony prezydentów były takimi aniołami narodu, do których zwykli ludzie mogli zwrócić się o pomoc. Zauważ, jak niedawno media wychwalały śp. Marię Kaczyńską za jej ciepło i empatię wobec ludzi (utkwiła mi w głowie historia, kiedy jakaś kobieta powiedziała prezydentowej o operacji swojej mamy, a pani Kaczyńska nieoczekiwanie zadzwoniła po kilku tygodniach spytać o zdrowie operowanej).
Więcej chyba pisać nie muszę. Prezydentem powinien być mężczyzna dojrzały, z żoną, która potrafi go wspierać, kiedy trzeba studzić i dziećmi, które są jego świadectwem odpowiedzialności. Prezydent, to nie jakiś dyrektor, sekretarz czy inny zwykły urzędnik, ale wizytówka własnego kraju. I tego proponuję się trzymać.
Pozdrawiam i zachęcam do zainteresowania się kandydaturą Grzegorza Napieralskiego, a nie tylko jedynym słusznym kandydatem PO :)
Za to upijanie się na uroczystościach itp. już jak najbardziej... :/
Bez pierwszej damy, ale za to z Pierwszym Kotem ;-)