Się wziąłem i odchamić do kina poszedłem na musical pod tytułem „Nine”. Musical z fabułą kwalifikującą go jako dramat, w gwiazdorskiej obsadzie (Nicole Kidman, Sophia Loren, Penélope Cruz) i z twórcą hitowego musicalu „Chicago” za sterami. Z pompą zrobiony film bombą winien być. Czy był?
Według mnie nie. Owszem, można mówić o eksplozji, ale mniejszej wagi - zapewne jakiegoś granatu lub petardy "ahtung". Nie opatrzę tego stwierdzenia etykietką „na pewno”; nie wypada mi bowiem rzucać zdecydowanych ocen na temat filmu, który momentami oglądałem przez opadające powieki. Od całkowitej wpadki w objęcia morfeusza ratował mnie niewygodny kinowy fotel - pewnie dlatego te fotele do najbardziej komfortowych nie należą, aby podczas nudnych filmów utrudnić zasypianie. Na arcyciekawych produkcjach taka niewygoda siedziska przestaje być zauważana, bo super film wsysa widza w ekran i wypuszcza dopiero wtedy, gdy na sali robi się jasno.
Najmocniejszym punktem musicalu "Nine" jest soundtrack. Przyznaję, że w tym punkcie film mnie nie rozczarował - brawa dla osób odpowiedzialnych za muzyczną stronę „Nine”. Słabiej natomiast oceniam fabułę - gdyby tak wywalić z filmu wszystkie muzyczne wstawki i pozostałość skleić w całość, to powstałby bardzo przeciętny dramat. Sprawy nie ratuje ani obecność wielkich nazwisk, ani gra pozostałych aktorów. Miało być ambitnie, ale czegoś jednak brakło, by mówić o arcydziele.
Kolejnym bardzo mocnym punktem radującym przede wszystkim męskie oko jest mnóstwo scen z bardzo skąpo odzianymi tancerkami. W kwestii kreacji tanecznych zaobserwowałem taką prawidłowość, iż im większą powierzchnię ciała strój ów przykrywa, tym bardziej seksowny on jest. Dużo kusych kostiumów i prowokacyjnych choreografii, z których jedna jest wręcz wybitna. Mam tu na myśli muzyczny fragment podczas wizyty lekarza w hotelu, kiedy do głównego bohatera dzwoni jego kochanka. Wszystkiemu towarzyszy piosenka, której tekst, wykonanie, choreografia i strój aktorki niejednemu widzowi płci męskiej może zagotować krew w żyłach, zwariować puls i wyssać myśli do ostatniej chłodnej, a na końcu wypluć je w stanie nie nadającym się już do niczego. To jeden z najmocniejszych akcentów w filmie - gdyby „Nine” od pierwszej do ostatniej klatki trzymał taki poziom, to produkcja byłaby skazana na jednogłośne uznanie jej za arcydzieło. Muzyka, tekst, wykonanie i spięcie z akcją - rewelacja. Szkoda, że to jedyna taka pełnowymiarowa bomba w tym filmie. Również światło podobało mi się w filmie - parę fajnych motywów na oświetlenie planu w głowie sobie zanotowałem; mam nadzieję, że będzie okazja z tych patentów kiedyś skorzystać. To, co jeszcze oko widza nacieszyć może (poza tańczącymi, skąpo odzianymi laskami), to perełki włoskiej motoryzacji z lat 60-tych marki Alfa-Romeo.
Mnogość motywów epatujących seksem może drażnić - w końcu wydają się one być głównym, jeśli nie jedynym, czynnikiem ratującym widza przed niechybnym przycięciem komara. Ale ta erotyka jest w tym filmie usprawiedliwiona (a przynajmniej podjęto taką próbę): winnym takich wstawek jest główny bohater musicalu - reżyser filmowy Guido Contini.
Ma gość na swoim koncie kilka dobrych filmów, które przyniosły mu popularność, ale - jak sam zresztą twierdzi - ostatnie jego produkcje są gniotami. Całe jego życie na filmowym świeczniku oparte jest na kłamstwie, egoizmie i zdradzaniu żony, które dla Guido stanowią integralną część zawodu. Guido przymierza się do nakręcenia kolejnego swojego wielkiego filmu pt. „Italia” - produkcja ma być to wielka, ale czy powstanie, skoro reżyser nawet nie zaczął pisać scenariusza?
Przeplatają się filmowe słabości Guido z jego dwiema kobietami - żoną (Luisą) i kochanką (Carlą), a temu warkoczowi towarzyszy wspomnienie zmarłej matki i siebie samego, jako chłopca. Fabułę przerywają piosenki, z których większość zaaranżowana jest w guście Guido. Nie wiem, może to taki ukłon w stronę panów, których partnerki wyciągają do kina na jakiś tam musical, który z definicji nudny być musi? :)
Podsumowując: na takich filmach za bardzo się nie znam, a „Nine” oceniam z perspektywy miłośnika thrillerów, horrorów i komedii z jajem. Piosenki podobały mi się, a kilka nawet tak bardzo, że chętnie zagłosowałbym na nie, gdybym zobaczył je na jakiejś liście przebojów. Samo pokazywanie ciała w kostiumach rodem z nocnych klubów - choć poniekąd usprawiedliwione osobą głównego bohatera - nie przemawia do mnie. Fakt: jeden taki akcent udał się na zajebistym poziomie przyćmiewając pozostałe, ale po co tak ciągle? Gejem nie jestem, ale nudziło mnie to. O wiele chętniej popatrzyłbym na obraz zapijaczonego Guido lub wpierdziel spuszczany mu przez męża kochanki. A tak to, praktycznie przez cały film, kolejnymi nagimi pośladkami tłumaczy się widzowi, dlaczego Guido Contini jest taki, a nie inny. A może to nie o charakterystykę filmowego reżysera chodzi, a o coś innego, czego nie wyłapałem, bo najzwyczajniej w świecie kimałem?
„Nine” był taki se: fajna muzyka, ładne panie i miły samochodzik, ale to za mało, bym uznał film za dobry. Kilka świetnych akcentów się znajdzie, ale całości jednak brakuje tego zęba, który bezlitośnie wgryza się w widza i tych kleszczy, które ściskają za jaja i swoją mocą promieniują dalej. „Nine” jako musical uważam za bardzo dobry, ale dramat z tego filmu mocno przeciętny. Kto chce nacieszyć uszy i oczy, ten nie pożałuje czasu poświęconego na konsumpcję tego filmu, ale ci kinomani, dla których najważniejsza jest fabuła, mogą się rozczarować.
Tagi dla tego wpisu:
film
Czyżbyś miał coś wspólnego z filmem?
Szkoda, że Nicole Kidman nie dano się rozkręcić - polecam zobaczyć ją w
Moulin Rouge.