Jaki powinien być
idealny antywirus? Lekki, szybki, skuteczny, bezobsługowy i darmowy. Niniejszym stwierdzam, że taki
nie istnieje. Przez kilka miesięcy trwania w zauroczeniu Avastem łudziłem się, że to właśnie on jest najlepszym rozwiązaniem - a miałem ku temu podstawy. Niestety, po paru miesiącach bezproblemowej współpracy wziął i przyświrował uznając moją oryginalną grę za niebezpieczną. Może to takie wychowawcze instynkty gdzieś tam w nim drzemały i obudziły się z chwilą uruchomienia przeze mnie NFS; zobaczył grę i stwierdził, że nie pozwoli mi mojej energii i czasu marnować na bzdety.

Pierwsze moje spotkanie z Avastem miało miejsce jakieś 4-5 lat temu. Wówczas nie spodobał mi się ten program: lekki nie był i przepuścić co nieco lubił. Miałem wówczas licencję na Nortona 2004 IS, a po zakończeniu subskrypcji zmieniałem antywirusy jak laski w szkole średniej. Dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat nieco się ustatkowałem i dość wiernie trwałem w związku z NOD32 v 2.7. Było mi z nim dobrze. Szkoda tylko, że nazwa NOD jest rodzaju męskiego, bo przez to poprzednie zdanie brzmi trochę głupio :)
Latem 2009 roku pojawiła się beta Windows 7, którą to postanowiłem stestować. Obawiałem się problemów z leciwym NOD32 (wtedy Eset wypuszczał już „czwórkę”, a ja uparcie tkwiłem przy „dwójce”), więc postanowiłem poszukać czegoś aktualnego. Avast jak znalazł: silnik zawsze na bieżąco w zgodności z najnowszymi platformami, do tego darmocha... Zainstalowałem i byłem wniebowzięty tym, co zastałem. Przez tych kilka lat Avast pięknie ewoluował: nabrał żwawości i ogłady, a tego właśnie mi poprzednio brakowało. Skutecznością jego sobie już głowy nie trułem - jeśli tylko poradzi sobie z pendrajwowymi syfami, to będzie git.
Końcem października skończyłem z Windows 7 i wróciłem do XP, na którym również zainstalowałem Avast. Zauważyłem bowiem, że pracując w tle odczuwalnie mniej zasobów zjada - obserwacji takiej dokonałem podczas gier. Graczem nie jestem ani z powołania, ani z zawodu, ale czasem bardzo lubię zrelaksować się w czasie pracy i strzelić sobie taką rozrywkową, kilkunastominutową przerwę. Zauważyłem więc, że Avast więcej daje pograć, niż NOD32.
Gierkę w oryginale mam od ciotki z USA - Need For Speed 5 Porsche Unleashed. Ze trzy lata temu zrobiłem sobie z tego NFS portable - głównie z myślą o moich częstych reinstalacjach systemu. Od czasu do czasu włączam, by pościgać się jakimś staroświeckim Porsche z lat 50. Tak było i tym razem: w rozwijanej części paska szybkiego uruchamiania odnalazłem skrót gry, kliknąłem weń i zaliczyłem największe zdziwko ostatnich tygodni (a może i miesięcy): oto bowiem Avast zakomunikował mi, że w mojej czyściutkiej, przez lata sprawdzonej grze, siedzi ki czort. Pierwszą myślą wyprodukowaną pod moim czerepem było podejrzenie o zainfekowanie pliku
Porsche.exe w czasie gdzieś pomiędzy poprzednim a dokonanym właśnie uruchomieniem. Z proponowanych przez Avast czynności wybrałem opcję „Napraw”, a gdy ten zabieg nie przyniósł oczekiwanego skutku, postanowiłem wywalić całą tę grę i w jej miejscu osadzić na nowo wersję, która zawsze działała. Próba ta zakończyła się kolejnym Zonkiem: Avast uparcie twierdził, że w
Porsche.exe siedzi Malware.
Kazałem więc Avastowi milczeć:

Plik
Porsche.exe spakowałem w hasła i wysłałem paru znajomym różniącym się od siebie posiadanymi antywirusami. Poprosiłem ich, by sprawdzili swoimi Gdatami, Kasperskimi. Esetami 3 i 4, czy ten plik faktycznie jest zły i dali mi odpowiedź, czy to Avast mówi dobrze, a to ja upieram się, że ściemnia, czy odwrotnie. Okazało się, że to Avast jest w błędzie.
Wysłałem
Porsche.exe do analizy z metką fałszywego alarmu i teraz czekam, aż się ogarną i poprawią swoje sygnatury tak, abym mógł ze swojej gry korzystać bez konieczności uprzedniego stopowania avastowej ochrony.
Wcześniej już kilka razy słyszałem o fałszywych alarmach serwowanych przez Avast, ale problem ten dotąd bezpośrednio mnie nie dotyczył. W końcu jednak przyszła kryska na matyska i mnie samemu przyszło skosztować nadgorliwości czeskiego antywirusa. Nie pogniewam się na to pod warunkiem, że jeszcze bardziej przesrane ma wszelka syfska lewizna próbująca wedrzeć się na pokład.
Pewien niesmak jednak jest, bo co by było, gdyby uznany za szkodliwy plik był jedynym posiadanym egzemplarzem i zawierałby bardzo ważne informacje? Mogłoby się to zakończyć utratą tychże bezcennych bajtów danych tylko dlatego, że treserzy Avasta znowu dali dupy. W moim przypadku obyło się bez ofiar. Przynajmniej tyle.