Wrażeniami z oglądania tego filmu najlepiej byłoby się w ogóle nie dzielić. Potrójne dno i kilometr mułu, żenada totalna i chujnia do nieskończoności. To nie komedia. To depresyjny dramat dla obleśnych kretynów. Maksymalnie gówniana produkcja i totalna padaka, o której piszę tylko dlatego, aby ostrzec! Ostrzegam przed oglądaniem tego filmu! Wiele kinowego dziadostwa widziałem, ale nie potrafię sobie przypomnieć gorszego. Odszkodowania powinni płacić każdemu, kto nie spał i do końcowych napisów dotrwał.
Zamiast półtoragodzinnego seansu lepiej zapętlić sobie reklamę podpasek, oglądać ją tyle samo, ile trwa „Fatso” i przez cały czas rozkminiać o zastosowaniu tychże. Wyjdzie na to samo, a przynajmniej w środkowoeuropejskim guście. Osoba, która mi ten film poleciła ma niebywałe szczęście, bo zrobiła to tak dawno temu, że zdążyłem zapomnieć, kim ona była. Dzięki temu ktoś uniknął wybuchu złości maksymalnie rozczarowanego mnie. Ów ktoś zmarnował mój czas i nerwy.
Bardziej frustrującego filmu od „Fatso” nie jestem w stanie wskazać. Przykro mi, że ten film obejrzałem: miała być komedia, dość lekka i w sam raz na nudę, ale ten komentarz, to chyba jednak został podpieprzony innemu filmowi. Potrójne dno i kilometr mułu!
Jednak nie byłbym sobą, gdybym nawet w takiej miernocie, w takiej krotnie żenującej padace, nie próbował doszukać się pozytywów. Waga plusów tego filmu może świadczyć o jego poziomie.
Pozytyw pierwszy: uroda aktorów
Typ urody Skandynawów może się podobać, lub nie, ale nie można odmówić mu charakterystyczności. Jasna cera, jasne oczy i jasne włosy to chyba najłatwiejsze do określenia cechy mieszkańców tej części naszego kontynentu. Niektórzy jednak mają cholernie specyficzne rysy twarzy, np. kasjer i kasjerka z marketu, czy też odtwórczyni głównej roli żeńskiej (Josefin Ljungman jako Malin) - kształt jej oczu zaiste oryginalny.
Pozytyw drugi: Norwegii smak
Nie trzeba z domu się ruszać i po necie grzebać, by poczuć delikatny, ale za to prawdziwy smak Norwegii. Film „Fatso” z napisami = końska dawka norweskiego szwergiolotania. A do tego krajobrazy przeciętnego, norweskiego miasteczka - mam tu na myśli cholernie fajną ichniejszą architekturę - i można zapragnąć poznać Norwegię z bliska. Osiedle, podwórka kamienic i ryneczek (bądź placyk) jakiegoś miasta - super!
Pozytyw trzeci: można pokochać amerykańskie komedie dla debili
Poziom „Fatso” jest tak depresyjny, że nawet najbardziej żygliwa, niskobudżetowa komedia dla amerykańskiej młodzieży może stać się obiektem tęsknoty.
Moja opinia o „Fatso”?
Na miłość boską, nie oglądajcie tego! Brak cenzuralnych słów, by w pełni oddać tragiczny poziom tego filmu, a gdybym jego recenzję popełnić miał za pomocą najbardziej nawet wyszukanych wulgaryzmów, to po litanii tychże padłbym z wycieńczenia i z uczuciem totalnej pustki wewnętrznej. Można się czepić wszystkiego, ale do dziwki nędzy: kto sklasyfikował ten film jako komedię?
To nie jest żadna komedia! To jest obleśny dramat dla seksualnych emo, podczas którego przez moją twarz nie przebiegł nawet najmniejszy cień uśmiechu! Kompletna pustka, nie licząc rosnącego zażenowania. Ani ładna buzia Malin, ani uroda jej koleżanek, ani gołe dupy i cycki, ani drops o smaku Norwegii nie są w stanie zrekompensować mi negatywnych odczuć, jakie pałaszują moje wnętrze. I do tego te zboczone wstawki rysunkowe...
O czym jest film „Fatso”?
„Fatso” to historia trzydziestoletniego prawiczka z nadwagą, którego dotychczasowe życie seksualne ograniczało się do masturbacji. W odkrywaniu nowych horyzontów nie pomagał mu (a wręcz przeciwnie) jego afrokolega z wąsem i wybujałą, erotyczną fantazją przekładaną na przechwałki. Gruby mieszka sam w domu po babci, zarabia na tłumaczeniu na norweski instrukcji niemieckich narzędzi, a swoje emocje spisuje w formie komiksu: wymyślił sobie paru bohaterów, znalazł postać dla siebie samego i swoje przeżycia zawiera w nowych historyjkach.
Onanizuje się i obżera, erotycznie fantazjuje i ogólnie psychicznie kiepskie wrażenie sprawia. Pewnego dnia jego ojciec obwieszcza mu, że razem z nim zamieszka młoda Szwedka. To oznacza przewrót w życiu Rino! Kobieta pod dachem, damskie kosmetyki w łazience, damska bielizna w pokoju za ścianą, ona z kochankiem i jej koleżanki. Gruby postanawia się troche ucywilizować i otworzyć na kobiety, nabiera jakiejś pewności siebie i czegoś, co ogładą towarzyską nazwać można, ale do seksu to wciąż za mało.
Później imprezki, rozstania, randki, kłótnie, burdel, samokastracja i nawet nie pamiętam, jak to się wszystko skończyło. Znaczy się: nie pamiętam, jakim wydarzeniem zakończyła się filmowa historia Rino, bo ostatnią scenkę filmu pamiętam: w miasteczku idzie sobie On przez placyk z fontanną, ławeczkami i starymi drzewami, a za nim gołe dupy jakby z niemym „przepraszamy za tę bezdenną, póltoragodzinną chujnię” adresowanym do pryszczatych nastolatków, którym ten widok zrekompensuje wszystkie niedoskonałości „Fatso”. Wszystkie niedoskonałości, czyli właściwie każdą scenę tego filmu.
Nie polecam!
Zdecydowanie odradzam ten film - naprawdę szkoda czasu i dobrego samopoczucia. No, chyba, że ktoś jest hardkorowym, mentalnym masochistą i lubi zadawać sobie psychiczny ból, to...
gorąco polecam ;)
Tagi dla tego wpisu:
film
Poresztą zaintrygowałeś mnie pisząc o urodzie skandynawek (Malin jest przeurocza) i dlatego zdecydowałem, że ten film obejrzę jak i pozostałe z nią :D
A co do aktorki "Josefin Ljungman" to urody niejedna dziewczyna może jej pozazdrościć. W tym filmie to pikuś, ale jak ktoś jest zainteresowany to niech sobie w wyszukiwarce obrazków Google wpisze Josefin Ljungman ;]
@Mariusz, trzeba by się przyjrzeć bliżej skandynawskiemu kinu, czy ono takie jest, a Gang Olsena to ewenement, czy takim odosobnionym przypadkiem jest Fatso.
@Jakub Milczarek, cóż, pozostaje życzyć miłego seansu ;)
@Buszek, dziewczyny mają to do siebie, że jakie by nie były, to zawsze innej będą czegoś zazdrościć ;)
Podobne wrażenia miałem po filmie American Pie 7
@Bonzo, każda motywacja jest dobra, jeśli jest skuteczna :)