W swoich napadach manii prześladowczej mocno podejrzewam Google o szpiegostwo i na tym stwierdzeniu mógłbym zakończyć temat. Jednak, pomiędzy napadami chorobliwej podejrzliwości, na pierwszy plan wysuwają się poparte faktami argumenty, które ani trochę nie pomogą mi się z mojej manii wyleczyć - a wręcz przeciwnie: sprzyjają jej rozwojowi.
Czuję się osaczony i inwigilowany.
Się znaczy czułem się kiedyś, bo dziś jest już trochę lepiej. Wiele razy łapałem się na tym, że w zetknięciu z różnymi usługami Google najzwyczajniej w świecie drżałem o swoją prywatność. Piszę serio. Zaczarowany korzyściami płynącymi z korzystania z googlowskiej darmochy, jak skuszona przez węża Ewa, już prawie wgryzałem się w to jabłko, ale w ostatniej chwili zapalała się w głowie czerwona lampka „nie bądź frajer”.
Pamiętam moje spotkanie z bocznym paskiem na pulpit a'la Vista. Było kilka takich gadżetów dla XP, z czego jeden albo pochodził od Googla, albo tylko sygnowany był tą marką ze względu na rodowód zaimplementowanego weń mechanizmu wyszukiwania. Jedną z funkcji owego paska było super przeszukiwanie dysku oparte na super metodzie indeksowania zawartości tegoż. Z paska pachnącego Googlem zrezygnowałem, choć był zdecydowanie mniej zasobożerny od konkurencyjnych ficzerów.
Google Chrome też mi się nie spodobał. Podczas instalacji ssał z zewnątrz jak szalony, wrzucał jakieś updatery, których z autostartu nie dało się wywalić metodami skutecznymi w przypadku innych samowstawaczy (jak np. szybkie uruchamianie OO, szybki odpał AdobeReader'a, aktualizacje Javy od Suna itp.). Chrome wpakowało mi swój upierdliwy moduł aktualizacji i przez tę jego upierdliwość właśnie zacząłem się zastanawiać nad tym, co on tak naprawdę aktualizuje i w którą stronę: czy aktualizuje przeglądarkę u mnie, czy wiedzę o mnie u Google'a.
Najbardziej straszna jest mi Picassa - ta darmowa wspaniałość, którą trza na dysku zainstalować. To coś spędza mi sen z powiek - poziom podejrzeń wysoce krytyczny. Bardzo rozbudowane, jak na dzieło Google, narzędzie nie wyświetlające reklam i:
- nie pozwala na indeksację jednego wybranego folderu, ale cały „Moje obrazy” lub zgoła calutki dysk
- zamknięty kod, a wersja dla Linuxa działa dzięki Wine
- dlaczego korzystanie z internetowych galerii Picassa Web Album uzależnione jest od zainstalowania Picassy na dysku? Czy tak ciężko guglowi zrobić prosty uploader z poziomu przeglądarki? Webowe pakiety biurowe robią, a tego nie potrafią? No dziwne.
Pierwszy i trzeci argument najbardziej mnie niepokoją. Pomijając domniemania, a skupiając się na suchych faktach można opisać to tak: aby móc publikować swoje zdjęcia w internecie, należy zainstalować zamkniętą aplikację i pozwolić jej na indeksację dużego kawałka dysku.
Twórcą usługi jest firma, w której interesie jest wiedzieć jak najwięcej o internautach. Po pierwsze: sprzedaż reklam - w tym biznesie im precyzyjniejsze informacje o targecie, tym lepiej. A po drugie: ciągłe tworzenie nowych, darmowych cudów - im więcej informacji o przyzwyczajeniach, sposobie zarządzania zawartością dysków itd. tym lepiej.
W Niemczech ostatnio
zapachniało sporą zadymą wywołaną przeciwko Google i jego usłudze monitorowania internetowego ruchu Google Analytics. System statystyk od Google'a jest bardzo bogaty w funkcje i przez to piekielnie darmowy. Nie wyświetla reklam, dlatego źródeł korzyści dla jego twórców należy wypatrywać gdzie indziej. Gdzie? Może Niemcom uda się opowiedzieć na to pytanie. Mnie to w sumie średnio rusza, bo z Google Analytics już jakiś czas temu zrezygnowałem na rzecz
systemu Piwik.
Bardzo dużo prezentów Google rozdaje. Nie wydaję się Wam to dziwne?