Wymyśliłem sobie rzecz taką: cały rok zawrzeć na zdjęciach. Od święta do święta obiektywem chwytać cudze chwile i kompletować dotąd, aż powstanie z nich kalendarz. Boże Narodzenie, Sylwester, Wielkanoc, Boże Ciało, Wszystkich Świętych, a do tego rocznice państwowe – te święta zawsze widać na ulicach. I zapragnąłem je właśnie oglądać przez wizjer i kraść dla siebie.
Nastał ostatni dzień października, kiedy pracę odstawiłem na bok i ubrawszy się ciepło, z torbą na ramieniu, wyruszyłem na podbój cmentarzy :) 31 października okazał się być zbyt krótkim dniem: zanim się rozkręciłem, zaczęło zmierzchać. No nic to – pomyślałem – wieczorem to dopiero będzie! Wymyśliłem, że tego dnia już daruję sobie fotografowanie; dzienny reportaż mam, a na nocny najlepszą porą będzie wieczór 1 listopada.
Niedziela, 1 listopada: nie mogłem się doczekać, aż za oknem zrobi się ciemno :) W końcu, nareszcie, hip hip hurra! Przed wyjściem jeszcze szybki przegląd sprzętu i... plany trafił szlag! Aparat niedomaga... Po włączeniu na wyświetlaczu widnieje komunikat „Poczekaj chwilę...”, ale ta chwila może trwać tym dłużej, im bardziej chcę, aby już się skończyła. Zdjęcia można robić, ale nie ma dostępu do żadnych ustawień dostępnych via menu. Naciśnięcie i zwolnienie spustu wywoływało wibracje takie, jakie wydaje system stabilizacji matrycy podczas wyłączania sprzętu. Już w piątek wziął i zaczął tak świrować, ale te zwieszki trwały krótko. W sobotę problemów nie było żadnych, natomiast w niedzielę nie dało się aparatu używać! W myślach poleciała cała litania kurew, z których kilka trafiło na język... W takiej chwili diabli wzięli aparat!!!
Nic to, gwarancji jeszcze dużo zostało, więc oddam - niech naprawią. Olympus akurat serwis ma taki, że inni mogą się na nim wzorować. Wcześniej jednak zadzwonię, może przez telefon rzucą jakimś skutecznym rozwiązaniem? Ale to jutro...
No i takim oto sposobem moje fotograficzne święto umarlaków skończyło się na dzień przed rozpoczęciem. Trudno: buta nie zjem, a sznurówki nie wypiję. Może za rok? Pewnie tak, bo w tym muszą mi wystarczyć jedynie zdjęcia z dnia poprzedzającego dzień nieboszczyków.
Zdjęcia, jak zwykle, wywoływałem z RAW-ów i jak zwykle później dopieszczałem. Tym razem jednak efekty tego, co ze zdjęciami wyprawiam, obserwowałem nie na swoim HP L1945wv, do którego jestem przyzwyczajony, lecz na monitorze Asus VH242, który otrzymałem do przetestowania. Między wspomnianymi monitorami istnieje kilka bardzo wyraźnych różnic: wielkość matrycy, jasność, kontrast, nasycenie... Próbowałem Asusa ustawić tak, aby świecił jak HP, ale bez powodzenia. VH242 jest zdecydowanie jaśniejszy, a to odbiło na efekcie obróbki zdjęć (te zobaczyć można w dalszej części wpisu: 41 sztuk; aby powiększyć zdjęcie, kliknij na nie).