Tyle na nią czekałem, a teraz wyklinam w myślach od najgorszych. Piknie i cacy: słoneczko, cieplutko, suchutko, wkrótce się zazieleni, a ja zapewne po raz kolejny, niczym młokos, zakocham się w kobiecie swej... Tyle lat minęło, a ja wciąż na jej punkcie szaleję :) To mega zajebiste uczucie dla kogoś, kto przez niemal całą swoją młodość aktywnie uprawiał wyczynową żonglerkę sercową, w której - jak w każdym sporcie wyczynowym - kontuzje się zdarzają i najczęściej są bolesne :) Chyba siakaś sportowa emeryturka z zaskoczenia mnie dojechała, bo bez żadnej walki dałem się dziabnąć. Stały w uczuciach JA, ciągle zakochany w tej samej kobiecie... To trochę jakby nienormalne, ale... cholernie fajne jest tak bujać się w jednej i tej samej nie ryzykując, że za którymś tam zakochaniem pomyli się imiona ;)
Szczerze? Coraz mniej mi się wiosna podoba, a coraz bardziej zaczyna mi grać na nerwach. Pomijając kwestie miłosne (wiosna to świetna pora waśnie po to, aby kolejny raz zakochać się w swojej drugiej połowie) wiosna jest debilną, chamską, sadystyczną porą roku! Powtarzam:
Wiosna jest debilną, chamską, sadystyczną porą roku!
Jak można tak pylić?!!! Szlag trafia mnie przez ten zapchany nos i dziwne mrowienie na całym ciele, gdzie epicentrum tego mrowienia jest chyba kinol. Jesteś babą, to się nie śmiej, bo katar to największe przekleństwo faceta (spójrz Kostusze w oczodoły a przekonasz się, jak intensywnie grobem pachnie pomimo 100% niewydolności narządu węchu). Ja już wymiękam; trzy dni z rzędu zaliczałem jakieś romantyczno - kondycyjno - zdrowotnie spacerki i teraz UMIERAM przez ten zasrany katar :/ Zachciało mi się lasków, łąk i jakiś ławek przy klombach. Bo wiosna i badyle pylą. By je szlag!!! Niech se pylą, ale we własnym gronie. Widać, że ścierwo niewychowane i niecywilizowane; taki człowiek to se potrafi jakoś zorganizować przestrzeń i ustalić: tu jaramy szlugi, tam bekamy piwskiem, gdzie indziej się pylimy...
Pieprzona wiosna! Ciekawe, czy zwierzęta też tak cierpią, bo ja - dziecię cywilizacji - zdecydowanie tak! I tak będzie do lata, kurna :/ Jutro kolejny romantyczny wypad w chabazie, więc nie ma bata: trza iść do apteki i jakieś antyalergiczne piguły zakupić. W przeciwnym razie kolejnej nocy mogę nie przeżyć.
Dziś/wczoraj (piątek) położyłem się wcześniej spać, coby odespać zaległości. Około 21-ej wskoczyłem do wyra, całkiem sprawnie zasnąłem, ale około 1:30 - po kilku koszmarach, bardziej kilku przebudzeniach - stwierdziłem, że szkoda nocy na taką syzyfową walkę o sen. Więc siedzę, żrem zupkę instant (ta grzybowa by Biedronka wymiata!!!) i nie wiem kiedy pójdę w kimono. Jak padnę to padnę. Tyle.
I wszystko byłoby super, gdyby nie ten katar. I mrowienie. I oczu pieczeie. I chyba trochę słońce przypiekło, bo tak śmiesznie mi. I jednego jestem pewien: od miłości jest krok do nienawiści. Bo kiedyś wiosnę kochałem, a dziś...