Jak
pisałem tak zrobiłem: dorwałem stare filmidło i popiłem je gorącą czekoladą :) Dobrze mi to zrobiło: czuję się zrelaksowany i gdzieś tak jakoś nastrój mi się poprawił :) Chyba częściej będę spełniał swoje zachcianki wywołane chwilą - nic tak dobrze człowiekowi nie robi, jak świadomość, że ma to, na co przychodzi mu ochota. No, pod warunkiem, że ta ochota zbyt często się nie pojawia - w przeciwnym razie, próbując spełnić każdy kaprys, można wpędzić się w jakaś deprechę.
Chciałem film stary; z klimatem pasującym do kubka gorącej czekolady. Chciałem, poszukałem, znalazłem i obejrzałem: „Casablancę” - melodramat sprzed 67 lat. Zajebiste filmidło - mówię to z (pustym już) kubkiem czekolady na sercu :) Równie szczerze wyznaję: fabuła filmu mnie zaskoczyła. Byłem nastawiony na prostotę, ale zacząłem ją wypatrywać w niewłaściwym miejscu.
Już na początku filmu pojawia się zagadka: kto zamordował niemieckich kurierów? No to ja, pewien czytelności akcji starego filmu ustaliłem w myślach, że wokół wątku tego morderstwa wszystko kręcić się będzie. Błąd! Twórcy filmu zadbali o inną niewiadomą: prostą i zrozumiałą, ale odkrywaną przez większość filmu. Niezła robota, naprawdę :) Szczerze napisawszy, wolałbym tajemnicę kryminalną, a nie miłosną... Jednak koniec końców...
Tak, stary to film :) Ubóstwiam takie starocie, stworzone dzięki grze i pomyślunkowi, a nie powielonym schematom, dublerom, efektom specjalnym i komputerowym. Zajerzyście ci dawni aktorzy grają: ich warsztat tak różny od współczesnego w swej, że tak się wyrażę: prostocie i naiwności, musi się podobać.
„Casablanca” opowiada dzieje pewnej miłości: dość obszerny wątek miłosny zbudowano, jak z resztą cały film, na bazie wydarzeń związanych z II Wojną Światową. Chciałbym coś więcej na temat fabuły napisać, ale wtedy zdradziłbym całą jej tajemnicę. Podsumuję jedynie: film, jako całość, można dziś zaszufladkować jako romansidło. Jednakowoż w tamtych czasach zdecydowana większość kinowych produkcji taka była: do kszty miłosna. W "Casablance" na uwagę zasługują również rewelacyjne dialogi: inteligentne, błyskotliwe wypowiedzi, w których szanowane jest każde słowo. Teksty, mimika, gestykulacja przenoszą w czasie dużo lepiej, niż najlepsze kostiumy i sceneria.
Po obejrzeniu filmu „Casablanca” mam ochotę na kolejne starocie. Lekkie, bogate, przyjemne, klimatowe :) Nie ważne czy kolejne skonsumuję z kubkiem czekolady w łapie czy bez - na pewno zrobię to ze smakiem :) A czekolada na gorąco smakuje rewelacyjnie, szczególnie zrobiona z większej, niż podana na opakowaniu, liczby łyżek :)
Polecam Ci kolejny film z rolą Humphreya Bogarta: "Sokół Maltański", nakręcony rok po Casablance. Ostatnio na zajęciach z analizy filmu, analizowaliśmy "Sokoła" metodą psychoanalizy Freuda. W filmie tym, Bogart okazał się mieć kompleks madonny-nierządnicy oraz inne cuda i dziwy ;) Najlepsze jest to że starsze filmy da się analizować. Z nowymi "hiciorami" już tak wesoło nie jest, bo wszystko płaskie i choć w kolorze i full HD to czarno-białe ;)
John Cooper, no, mnie się bardzo podobał :)
MatexCor, nie spodziewałem się, że mam aż taką moc oddziaływania na wyobraźnię :D
CoSTa, ano, film nad filmami. Co by nie mówić, fajnie będzie obejrzeć go raz kolejny :) Ale pierwszeństwo daję tym filmom, których jeszcze nie widziałem.