Pięć lat młodsza i chwilami po prostu jej nie znosiłem. Cholernie uparta... Czasem jak dziecko, a czasami to ja czułem się przy niej jak dziecko. Przy niej poznałem prawdziwą miłość, prawdziwą zazdrość, prawdziwe poczucie jedności, głęboką tęsknotę i coś więcej... Tego związku nigdy nie zapomnę!
Nie chciałem jej. Poznałem ją nad wodą i widziałem w niej wyrastające z zabawy lalkami dziecko, które samo nie wie, czego chce. Jej kuzynka mówiąc mi, że się jej podobam zepsuła mi cały dzień. Olewałem ją, kombinowałem jak tu się jej pozbyć, nawet zmajstrowałem godną brazylijskich seriali intrygę – wszystko na darmo. Minęły wakacje, przyszła jesień i ten uparciuch dopiął swego ;-)
Ale tak chyba miało być. Przyznam, że zaimponowała mi swoją wytrwałością. W jakimś sensie był to dowód na to, że z jej strony to faktycznie coś poważniejszego, a nie jakaś zachcianka, by mieć starszego o pięć lat chłopaka i szpanować przed psiapsiółkami. Nagrodziłem jej wytrwałość i zostaliśmy parą pewnego październikowego wieczoru. Wracając do domu zastanawiałem sie wtedy, co ja właściwie najlepszego zrobiłem? Przecież tyle się namęczyłem, żeby ją spławić! Pocieszyłem sie, że gdy się już mną nacieszy, to zerwę.
Śmiać mi się chciało kilka miesięcy później, kiedy byłem w niej po same uszy zakochany, że takie plany układałem. Z każdym dniem coraz bardziej ją poznawałem i zauważałem coraz to nowe zalety. Nie była wcale taką smarkatą, za jaką ją uważałem. Długie, ciekawe rozmowy przekonywały mnie coraz bardziej do tego związku, aż pewnego dnia uświadomiłem sobie, że z tą gimnazjalistką udało mi sie zrobić to, czego nie udało się z poprzednimi, dużo starszymi od niej dziewczynami: stworzyłem z nią piękną, duchową więź.
Nie widywaliśmy sie tak często, jak inne pary. Ona mieszka poza Dębicą i widywaliśmy się w zasadzie tylko po szkole i wtedy, gdy w weekendy przyjeżdżała z matką. Pomyślałby ktoś, że tęskniliśmy, ale nie prawda – przynajmniej z tą tęsknotą, jaka miała miejsce w Sylwestra, kiedy wyjechała na kilka dni w góry, a ja zostałem tutaj. To było szaleństwo: oboje chodziliśmy chorzy z tęsknoty. Przeziębiła się tam i w końcu wrócili chyba dzień wcześniej, niż planowali. Pojechałem do niej, z nosa się jej lało, kaszlała, gorączkę miała itp. ale to spotkanie tak dobrze jej zrobiło, że na drugi dzień znowu była zdrowa :) Ciekawe, czy można zachorować z tęsknoty ;-)
W styczniu zrobiłem w przychodni EKG i diagnoza brzmiała: jest pan zakochany. Aparat do EKG działa na tej zasadzie, co wykrywacz kłamstw, a przypominam sobie, że podczas badania pielęgniarka pytała mnie o dziewczynę ;-) Wyszedłem z gabinetu i śmiałem z tej diagnozy :D Wszystko było takie kolorowe do czasu, kiedy jej matka zabroniła się nam spotykać po tym, jak zawaliłem semestr... Z mojej winy był ten zakaz. Wziąłem się za zaliczanie wszystkich przedmiotów, aby znowu móc „na legalu” spotykać się z nią. Udało się :D
Obchodziliśmy wszystkie miesięcznice naszego związku, później przyszła pierwsza rocznica. Na trzy miesiące przed drugą rocznicą zerwałem. Trudne to było, naprawdę. Nie wiem, czy drugi raz zebrałbym tyle sił, aby zerwać... Czasem trzeba się kierować rozsądkiem i w tym przypadku tak zrobiłem. Po obustronnej zdradzie zaczęło sie między nami psuć. Zaufanie dziurawe, zazdrość, niepewność pomieszane z rozpaczliwymi próbami naprawienia wszystkich błędów.
Winę za jej zdradę wziąłem na siebie. Jeśli ktoś orientuje sie mniej więcej w mechanizmach psychiki ludzkiej, to zrozumie, dlaczego właśnie z mojej winy. Gdy mieliśmy zakaz spotykania się, często nachodziły mnie posępne myśli: a to, że może nie chcieć chodzić ze mną, skoro nie może sie spotykać, a to znowu, że ktos może mi ją w łatwy sposób odbić, bo wybierze tego, z którym nie będzie miała przeszkód, aby się spotkać... Zatruwałem jej życie tymi swoimi bezpodstawnymi obawami, aż w końcu wykrakałem. Kiedy poprawiłem oceny i jej matka „zniosła” zakaz, było już za późno: podobał się jej inny. Właśnie dlatego jej radość z tego, że znowu możemy się legalnie spotykać, wyglądała raczej na uprzejmość z jej strony... Rozpacz... Nie wiedziałem, jak ją odzyskać i robiłem wszystko, czego robić nie powinienem: dopiero jej matka dała mi radę na wagę szczęścia: olewać! Olewać gdzie i kiedy się da. Pomyślałem, że to może jakiś podstęp, żeby nas rozdzielić.
Ale nic do stracenia. Każdego dnia coraz bardziej się oddalała, więc zaryzykowałem. Suche „cześć”, zdawkowe odpowiedzi podczas rozmowy, masa imprez, towarzystwo innych panienek i powoli zaczynało jej na nowo na mnie zależeć. Sama proponowała spotkania, szukała mnie na plantach, gdzie codziennie przebywałem. Pewnego razu chciała porozmawiać, ale ja wybrałem wino, a gdy oznajmiłem jej pewnego dnia, że idę na ognisko, będą takie i takie panienki, usłyszałem, że jej się odmieniło i że nadal mnie kocha. Zobaczyłem najpierw łezkę w jej oku, a za chwilę olbrzymi foch z przytupem, bo jej nie wierzyłem. Hmm.. czy ja wiem..? Kiedy ona mnie nie chciała, inna mnie zechciała i miałem zamiar skorzystać z tego na tym ognisku :P Ostatecznie do niczego nie doszło, bo najebałem się już w drodze, tam poprawiłem i poszedłem spać :P
Później znowu świat się zrobił kolorowy, ale nie dla niej: cholernie się bała, że się zrewanżuję za tą jej zdradę (przyznała się do zdrady zaraz po pierwszej rocznicy). Wiedziała, że z natury jestem bardzo pamiętliwy. I teraz ona zaczęła mi truć życie swoimi podejrzeniami, scenami zazdrości itd. Doszło do tego, że zabroniła mi się spotykać z dobrą koleżanką! Z jednej strony starałem sie ją zrozumieć, ale z drugiej potępiałem za tą krótkowzroczność: serwowała mi dokładnie to samo, co ja jej, czym właśnie pchnąłem ją w ramiona innego. I skończyło się tak, że sam wylądowałem w ramionach innej...
Tak niewiele potrzeba, by zdradzić, kiedy partner nie ufa! W momencie zdrady do końca wybaczyłem jej ten jej skok w bok, bo zrozumiałem, że skoro partner nie ufa, podejrzewa, to daje pole do popisu, aby mieć powody. Mniej więcej tak to wyglądało... Zdradziłem ją i zamieniliśmy się rolami. Teraz to ona musiała o mnie walczyć, a ja nie chciałem jej tego ułatwiać, bo nauczyłem się już, że trzeba poddać sie mechanizmom wyższym. Jeśli miałem znowu czuć to, co dawniej, to powinno to przyjść samo, bez mojej pomocy.
I znowu przyszedł dzień, kiedy oboje, z ręką na sercu i patrząc sobie prosto w oczy, mogliśmy powiedzieć: kocham cię! Ale czy ufam? Raczej nie... Brak zaufania był jak mgła, która przeszkadzała cieszyć się na nowo uczuciem. Coraz częściej kłóciliśmy się.
Zacząłem rozważać rozstanie, aby uratować te najlepsze wspomnienia. Sporo też myślałem nad tym, co będzie, kiedy zacznie sie rok szkolny i pójdzie do liceum. Pozna tam nowych typów, może w którymś się zakocha... Nie myślałem wtedy z zazdrością, ale z troską o nią. Byłem jej miłością, co do tego nie mam wątpliwości, ale ona była wtedy w gimnazjum, jej towarzystwo stanowiły osoby, które znała od dziecka, więc raczej trudno z kimś takim związać się. Ale nowa szkoła, towarzystwo, to już inna sprawa. Chciałem żeby była szczęśliwa. Między nami już raczej mogło być tylko gorzej. Szans na poprawę nie widziałem. Wybrałem rozstanie, choć jak już wspomniałem, była to zajebiście trudna decyzja. Nie mogłem jej wtedy powiedzieć prawdy dlaczego zrywam, bo by po prostu tego nie zrozumiała. Musiałem ściemniać, gdy zadawała trudne pytania. Ile ona wtedy łez wylała... :/ To, że ją tak bardzo zraniłem, jeszcze bardziej mnie dołowała, ale wiedziałem, że to dla jej dobra, że tak będzie lepiej dla nas obojga i to mnie trzymało – rany się zagoją, ona jest młoda i jeszcze wiele przed nią.
Byłem i nadal jestem dumny z tej decyzji. Zostały wspaniałe wspomnienia, a teraz oboje żyjemy swoim życiem. Pamiętam jeszcze, jak wczesną jesienią najpierw ona, później ja chciałem odbudować ten związek, ale były to próby bez przekonania. Chyba tylko po to, żeby sprawdzić stan naszych uczuć i upewnić sie, ze nasze serca są wolne... Może to egoistyczne, ale wydaje mi się, że największym dowodem miłości, jaki jej dałem, było właśnie to rozstanie. Brzmi idiotycznie, ale po głębszym zastanowieniu... Gdy bolącego zęba wyrywa się, to jeszcze bardziej boli, ale później jest juz ok.
W tym miejscu chciałbym podziękować Jej za te 20 czy 21 miesięcy (to nie ja byłem w tym związku od statystyk :P) Dzięki Brzydal :D :* Przyjaźnimy się i choć mamy prawie zerowy kontakt, to wciąż jest ta duchowa nić, która sprawia, że możemy na siebie liczyć. Dziwne, prawda? Uczucie tak się mocno paliło, że całe poszło z dymem i został ten fundament: właśnie przyjaźń. Szkoda tylko, że po telepatii śladu nie ma: zajebista była sytuacja, kiedy pewnego dnia powiedziała, że telefon się jej psuje. I tyle było w tym temacie - aż do następnego dnia, kiedy bez słowa wyjąłem z plecaka ładowarkę i instrukcję do swojego telefonu, a ona swój telefon i ładowarkę: postanowiłem, że jej naprawię telefon i na ten czas dam jej swój: ona chciała, abym jej naprawił i przez to wzięła do niego ładowarkę, a oboje nic na ten temat nie mówiliśmy :D To mnie rozwaliło :D
Słuchaj, między wersami dostrzegam Twoją tęsknotę za takim uczuciem. Pewnie szukasz go, czekasz niecierpliwie i boisz się, że już drugi raz go nie doświadzczysz. Mylę się? Jeśli nie, to pamiętaj o jednym (sam to napisałeś): takie uczucie kryje się, znaleźć go można tam, gdzie się go kompletnie nie spodziewamy i dopiero rozwija się: to my je pielęgnujemy, odżywiamy i to właśnie dzięki nam jest takie wspaniałe :-) Rozumiesz co mam na myśli?
Tylko 2osoby wzbudzają we mnie takie uczucia..
FakeKate i Ty.
Chyba sama "przez Was" zaczne pisać ;)
O związek trzeba nieustannie dbać jak o kwiatka, w przeciwnym razie może powoli ulegać rozpadowi. Gratuluję rozumu i inteligencji, trzeba patrzeć szeroko a nie tylko obwiniać innych za problemy -ty to wiesz.
Tak czy owak, tak naprawdę nie możemy nikogo mieć więc nie możemy nikogo stracić. Żyjemy samotnie, choć pomiędzy innymi. Zrozumienie tego oraz faktu że wszystko przemija pozwala uporać się z zazdrością i cieszyć tym co jest teraz. To trudne, ale zazdrość jest jeszcze trudniejsza.
Powodzenia! ;)
Ta dziewczyna była w gimnazjum...niech zgadnę, III klasa? Ty to masz szczęście, trafiłeś na "normalną" dziewczynę, mogę powiedzieć, że już wtedy kobietę.