
Na raty, bo na raty, ale zawsze. Zainstalowałem Betę najnowszego Ubuntu, pobawiłem się trochę, pogrzebałem i jestem zadowolony, bo niczego nie zepsułem (a przypominam: kolejne dwie poprzednie wersje Ubuntu wytrzymywały ze mną nie więcej niż kilkanaście godzin :)). Najnowszy Ubuntu 8.04 ma być wersją LTS, czyli superstabilną linuksową superbestią wspieraną dłużej, niż zwykłe bestie szeregowe. Skusiłem się na spotkanie z Hardy'm po wizycie na
blogu MatexCor'a, gdzie popełnił prezentację instalacji Ubuntu. Tak mi się włączyła nostalgia za Ubuntu, że prawie natychmiast zacząłem zdzierać płytkę instalacyjną. Wybrałem wersję "alternate" tj. z instalatorem tekstowym zamiast typowej LiveCD (wesołe myszo-klikanko). Tekstowy instalator z alternate do złudzenia przypomina ten z Debiana - wszak z niego zakosili ;) Pierwsza i najbardziej zauważalna różnica między ubuntowym, a debianowym widoczna jest tuż po odpaleniu: Debian wyświetla ekran powitalny z zapytaniem o chęć kontynuowania instalatora, natomiast Ubuntu odważniej prze ku instalacji. Instalator Ubuntu 8.04 różni się także od tych z poprzednich wersji tej dystrybucji (choćby 7.10) tym, że z automatu wywala listę wspieranych języków. Dalej już po staremu.
Przyznam się bez bicia, że niewiele czytałem o nowościach w Ubuntu 8.04 - początkowo żałowałem, ale w trakcie instalacji zrobiłem z tego pozytyw: dzięki temu niedoedukowaniu mogłem spotkać się z systemem nie wiedząc tak do końca, co ma mi do zaoferowania. Brnąc dalej: zacząłem wczuwać się w rolę kogoś, kto tylko słyszał o Ubuntu (tudzież widział je u kumpla), ale sam nigdy wcześniej nie miał i jako administrator nigdy nie zostawał z nim sam na sam.
Wczułem się w tego newbie i po zakończonej (bez żadnych przygód) instalacji jako taki żółtodziób uruchomiłem komputer.
Już na samym starcie zostałem sprowadzony na ziemię: bootscreen uświadomił mi, że zabawa w początkującego Ubunciarza będzie cięższa, aniżeli mi się wydawało. Dostrzegam różnice... Bootscreen w 8.04 przywitał mnie nieco większym, niż u poprzedników, paskiem postępu. Tak to wyglądało, ale nie wykluczam, że przyczyną takiego efektu mogła być po prostu mniejsza rozdzielczość na etapie ładowania Ubuntu. Nie wykluczam, ponieważ właśnie z rozdziałką miałem problem. Moja maszyna nie posiada karty graficznej innej, niż zintegrowana SiS (Silicon Integrated System) i tej karty Hardy Heron w ogóle nie skonfigurował (bo niby jak miał skonfigurować, skoro nie rozpoznał? ;)). Obraz jednak miałem - jaki taki, bo 960x600, jakieś 15% pulpitu uciekło na lewo, ale przynajmniej widziałem i mogłem kombinować. Chwała temu, kto zmajstrował tą awaryjną furtkę: w starszych wersjach, o ile mnie pamięć nie myli, w przypadku nierozpoznania grafiki, monitor był po prostu wyłączany.
Googlując i uzupełniając /etc/X11/xorg.conf fragmentami znalezionych konfigów skleiłem własny, który zadziałał :)
Jaja z grafiką były jedynymi jajami, jakimi nowy Ubuntu mnie obrzucił. Dalej to już leciało nie dość, że z górki, to jeszcze jak po maśle :) Szybko, bez wywrotek i idealnie stabilnie (ani jednego ubijania procesu, ani jednego Ctrl+Alt+Backspace i ani jednego przekleństwa wyrażającego pytanie "jejku, i co teraz?"). Choć to jeszcze Beta, to już teraz warto zainstalować, bo zapowiada się LTS pełną gębą! Poprzedni 6.06 Dapper Drake do dziś jest chwalony za dopracowanie i stabilność, a wszystko wskazuje, iż taki będzie też jego następca, 8.04 Hardy Heron.
Fajności i lepszości
Najnowszy Ubuntu 8.04 Hardy Heron bardzo pozytywnie zaskoczył mnie nie tylko stabilnością. Gdyby w świecie informatyki biegało jedynie o stabilność, to najstabilniejsze aplikacje posiadałyby najwyżej dwie opcje:
otwórz i
zamknij. Jednak nie samą stabilnością się żyje, ale także ficzerami i różnymi innymi uszczęśliwiaczami. Takowe dwa bardzo szybko wychwyciłem w Hardy'm.
Podsłuch plików muzycznych - tą świetną funkcję odkryłem przypadkiem :) Najechałem kursorem na pewną emeptrójkę i zacząłem się zastanawiać, w czym ją odpalić. Po dwóch sekundach dotykania jej strzałką zagrała muzyka, ja zaliczyłem zdziwko (przecież nie klikałem), aż w końcu ruszyłem myszą i grać przestało :) Nie jestem pewien, czy to nowa funkcja, czy może w Gnome jest już od kilku wersji - tak czy siak sprawa świetna i warta podkreślenia.
Gdebi oferuje automatyczne dociąganie zależności, czyli to, czego brakowało od zawsze!!! Instalator pakietów .deb (Gdebi Package Installer) przestał wreszcie marudzić, że brakuje tego czy owego i od teraz sam fatyguje się po wymagane paczki. Tak było, gdy instalowałem Operę ściągniętą z oficjalnej strony :)
Zastanawiam się, jak to będzie dalej. Na pewno jeszcze parę giga transferu pójdzie na popełnienie wszystkich aktualizacji (i aktualizacji aktualizacji), ale stable zapowiada się pysznie! Czasy się zmieniły i już nie mam tak czasu na zabawę nowymi Linuksami :/ Postanowione: Ubuntu 8.04 Hardy Heron Beta zostaje u mnie do finalnej wersji, a gdy ta mnie nie zawiedzie, to odpuszczę Debianowi i zostawię Hardy'ego. Na razie jeszcze Windows jest systemem nr 1, ale zmieni się to, gdy ukaże się Opera dla Ubuntu 8.04 (dedykowana dla 7.10 Opera wywraca się niemiłosiernie).
Podsumowując: już teraz polecam betę najnowszego Ubuntu! Działa świetnie: bardzo przyjaźnie, bardzo stabilnie i mówi to ten, który wczuwał się w nowicjusza.
PS. Aha, słówko o wymaganiach: 384 MB RAM? Tak, ale tylko dla Live CD i być może KDE4. Po wyłączeniu paru podręcznych, ale na dłuższą metę zbędnych rzeczy, zużycie pamięci spadło do około 80 MB (tyle w RAM, resztę system wyekspediował na swap) i pod względem zasobożerności nie różni się zbytnio od starszych wersji.
A te fajności naprawdę mnie zaskoczyły, muszę jak najszybciej to wypróbować ;)
P.S. Mógłbyś kiedyś opisać co można wyłączyć, jakie usługi żeby odciążyć system ;) Z pewnością wiele osób z tego skorzysta ;)
@rav, za 1,5 roku, bo koniec wsparcia dla XP? ;) Dla zabawy mógłbyś wcześniej spróbować, by przesiadka była mniej wstrząsająca :)
@ALEX, no, nie słyszałeś ;)
@SpeX, też mam 80, wyciąłem 10 GB, a z czasem dorzucę resztę.
Pozdro ;)
@szuman - a mnie właśnie strasznie teraz ciągnie do Debiana. W EMPIK jest znowu gazeta z wersją Etch. Jedyne co mnie powstrzymuje to produkt TPSA (modemik pod usb), który strasznie ciężko jest zainstalować pod Debianem.
@Włodek, jeśli cierpliwości Toboe nie zabraknie (a biorąc pod uwagę Twoje boje z flashem, to nie powinno), to Debian Ci się spodoba. Sporo jest dłubania (choć i tak już mniej, niż dawniej), ale satysfakcja i dopiszeczenie 100%. Ale stabilny (Etch) nie będzie najlepszym wyborem, szczególnie jeśli chcesz odpalac na tym Neo.
Z odchudzaniem będę musiał się pobawić :)
( mam 1254 mb ramy, athlona 1,7 i radeona 9200 se - to chyba wystarczy na komfortową pracę z linuxem - ale nie z firefoxem)
Jest jakaś rada na to?
1. Gdy go uruchamiam ciągle zaznaczona jest opcje 'Pracuj w trybie offline" . Odznaczam ją i działa, ale gdy wyłączę i włączę ponownie przeglądarkę to znowu to samo. Da się gdzieś na stałe ustawić, żeby nie pracowała w trybie offline, gdy się uruchamia?
2. W Windowsie, gdy w firefoxie kliknę na pasek z adresem stronki ( te pole co się adres url wpisuje) to on odrazu się "podświetla" i mogę nowy wkleić adres innej stronki. To samo gdy wyszukiwarki zamontowanej w firefoxsa używam.
W ubuntu w firefoxie już nie mam tych udogodnień. Gdy chce nowy adres wkleić, muszę zaznaczyć poprzedni przeciągając myszką po nim i wtedy go usunąć. Można gdzieś ustawić, żeby było tak jak w Windowsie?
Ach, Ubuntu, wszystko jasne :> .
2: Zawsze możesz dwukliknąć/trzykliknąć na adresie na pasku adresu ;) .