Urodzony w Dębicy i mieszkający od 10 roku życia w USA,
Paweł Wolak przed kilkoma dniami ogłosił, iż postanowił zakończyć swoją przygodę z boksem. Jego decyzja chyba dla wszystkich była wielkim zaskoczeniem, bowiem trzydziestka na pięściarskim karku, to najbardziej optymalny wiek dla rozkręcania kariery. Ciało młode, ale jego posiadacz już doświadczony... Paweł powiedział jednak „dość” i należy to przyjąć do wiadomości.
Dwie jego ostatnie walki z Delvinem Rodriguezem pokazały, jak wielkie braki w swoim pięściarskim warsztacie ma Paweł; przede wszystkim braki w obronie. W tym fachu i na tym poziomie nie da się jednak piec dwóch pieczeni na jednym ogniu, a tak próbował czynić Polak, który na co dzień zasuwał na budowie.
Siła, wytrzymałość i olbrzymie serce do walki to jednak za mało na silnego, wytrzymałego, równie zawziętego boksera, który dodatkowo jest bardzo dobrym technikiem. Doskonale rozpracował Pawła i trafiał go jak chciał i gdzie chciał, a całą, dziesięciorundową walkę znakomicie rozegrał taktycznie. W ostatniej odsłonie sobotniego pojedynku niewiele mu brało, by zwyciężyć Wolaka przed czasem. W zasadzie nie wiem, jak tę lawinę silnych i celnych ciosów Paweł wytrzymał.
Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść
Postanowił więc zrezygnować z dalszej kariery. I słusznie. Jest młody, ma rodzinę i szkoda, by miał stracić zdrowie, a nawet życie. W każdej walce sporo ciosów przyjmował, a te, skumulowane, z każdego twardziela – choćby po wielu latach – mogą zrobić warzywko. Lub przyczynić się do śmierci.