I powiedział to aktor, Lesław Żurek, który dziś był gościem Radia Zet. Po tej wypowiedzi nie wróżę mu wielu propozycji gry w komediach, ale może to i dobrze, bo gość naprawdę bardzo krytyczny stosunek ma do tego, co dziś określa się mianem „komedii”. Podobnie jak ja. I zainspirował mnie do popełnienia tego wpisu.
Myślałem, że tylko ja tak mam, że z zażenowaniem oglądam tzw. gagi w tzw. komediach produkowanych obecnie. Tzn, oglądałem, bo już nie oglądam. Strasznie smutne są te współczesne komedie. Wszyscy tacy poważni, atmosfera taka jakaś nijaka, niby neutralna, ale w rzywistości jak w dramacie psychologicznym... To chyba taki patent, żeby ogólnie światem przedstawionym obniżyć poziom humoru w filmie, startując z najniższego możliwego pułapu humorystycznego. Po takim zabiegu każde byle głupstwo wydaje się być mega zabawnym, przez co każdy byle gniot może mieć „zabawne” momenty. Tylko, że mnie te gnioty nie śmieszą.
Kolejny wspólny punkt w naszych komediowych gustach stwierdziłem, gdy Lesław Żurek przyznał się, że najbardziej śmieszą go komedie Barei i podobne, których największą mocą jest przedstawiany w nich absurd. Bingo! Komedie Barei (i nie tylko jego) przerobiłem już chyba wszystkie i obecnie chłonę przedwojenne produkcje. Bo absurdy PRL-u to jedno, ale jeszcze bardziej do starych, koniecznie polskich, filmów popycha mnie chęć przeniesienia się w czasie – do filmu.
Lata osiemdziesiąte doświadczyłem na własnej skórze i wiele z tego okresu pamiętam. Oglądając filmy wyprodukowane w tych latach mam okazję spojrzeć jeszcze raz na to samo, ale z perspektywy człowieka dorosłego, a nie dziecka. Często moją uwagę od akcji filmu odwracają obecne w kadrze meble, sprzęty RTV i AGD, samochody, ówczesna moda itd.
Tę filmową wędrówkę w czasie zacząłem od okresu dobrze mi znanego, ale cofając się coraz dalej dotarłem do lat 60. Tyle mi wystarczyło i postanowiłem przeskoczyć aż do lat poprzedzających wybuch II Wojny Światowej. Wiele przedwojennych filmów wcześniej widziałem, ale nigdy z perspektywy filmowego badacza zwyczajów ludzi z "wtedy".
W przedwojennych komediach najbardziej uderza mnie ich lekkość. Widz musi się do tej lekkości dostosować. Przedwojenna komedia zmusza do porzucania ram smutnego humoru XXI wieku i każe się uśmiechać od samego patrzenia. Widz nie musi główkować, nie musi obciążać procesora w swoim umyśle, by ogarnąć film. Przepis na fabułę opiera się na prostej konstrukcji: jakiś wstępik, oni się poznają, oni się zakochują, jakieś nieporozumienie staje na ich drodze i pod znakiem zapytania stawia happy end, happy end przychodzi najczęściej z pomocą osób trzecich do tego lekkie, zabawne dialogi, których autorzy lubowali się w grze słówek
Ciąg dalszy "Współczesne komedie nie są śmieszne"