Kiedyś tylko Word, a dziś też inne edytory tekstu, przeglądarki i komunikatory internetowe oferują sprawdzanie pisowni. Podkreślają błędnie napisane wyrazy, sugerują poprawne warianty, a nawet automatycznie korygują byki. Po co to wszystko? W ostatecznym rozrachunku po to, aby teksty pisane przez leni nie zawierały błędów.
Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień
Śmieją się z prezydenta, że ten napisał „bulu” i „w nadzieji”, choć sami nie są lepsi. Nie wszyscy, lecz większość i może nie w tak prostych wyrazach, ale na pierwszych lepszych dyktandach i tak by polegli. Nie mają więc moralnego prawa, jak często mawiał Jarosław Kaczyński, by krytykować tego, który jest głową ich państwa, wybraną w demokratycznych wyborach.Kto zatem może, wedle niepisanej ustawy o moralności krytyki, krytykować Komorowskiego za jego ortograficzne bronki? No, chyba tylko ten, kto tych błędów nie robi. Mistrz ortografii, rzecz jasna. Tak właśnie pomyślałem o sobie, ale pojawił się jeden szkopuł.
Kilka lat temu zająłem trzecie miejsce w konkursie ortograficznym na szczeblu powiatowym. Same megamózgi kontra chory i skacowany JA. Z grypą i kacem gigantem (pomyliły mi się dni i idąc świętować imieniny kumpla myślałem, że konkurs dopiero pojutrze), zasiadłem do pisania. W długim na półtorej strony papieru kancelaryjnego tekście, dość trudnym – jak na szczebel międzyszkolny przystało – walnąłem dosłownie dwa błędy.
Ciąg dalszy "Śmiejesz się z prezydenta, a bez Worda jesteś nikim!"