
Prawdą jest, że sezon tańca z pędzlami/wałkami jeszcze się nie zaczął. Prawdą jest również to, że ja, nie zważając na porę roku, postanowiłem nieco odświeżyć swój pokój. I, prawdę mówiąc, to sformułowania „nieco odświeżyć” mogę używać dopiero teraz, kiedy nie widać tego syfu, który zdobił ciemnoniebieskie ściany.
Resztki taśmy klejącej, ślady po kredkach woskowych, przytarcia, wytarcia i inne mocno widoczne skazy przerażały mnie. Oczami wyobraźni widziałem, jak to wszystko zdzieram ze ścian, a następnie papram się szpachlą i płynem do gruntowania. Pogodziłem się z tym: pozostałości po urzędowaniu w tym pokoju mojego młodszego brata przez wieloma laty + ślady moich bojów z owadami trzeba było w końcu usunąć, aby ten pokój wyglądał wreszcie porządnie. Pogodziłem się więc z koniecznością doprowadzenia ścian do porządku, ale pozostał drugi szkopuł: ciemny kolor, który ma zostać zastąpiony białym. Od czego jednak jest Facebook? :) W porywie swojej rezolutności rzuciłem tam pytanie: „jaka farba akrylowa kryje najlepiej”?
Z odpowiedzią pospieszyła koleżanka, której tato, chyba od zawsze, prowadzi sklep z farbami. Za swoim tatą poleciła mi farbę akrylową lateksową, np. z Dekorala. Znalazłem:
Dekoral Akrylit W. Na Allegro z kurierem wyszło taniej, niż w hurcie u nas, a zapakowane było to tak, że nawet sposób traktowania znany z najbardziej hardkorowych filmów o poczcie nie byłby w stanie tej farbie zaszkodzić. Kto tak świetnie pakuje farbę?
ONI!
Oczekując na przesyłkę, postanowiłem poszerzyć nieco swoją wiedzę na temat zakupionej farby. W końcu to farba wyjątkowa. Wyczytałem więc, że jest cholernie lepka (dzięki temu np. nie kapie) i że można ją szorować. Bingo! Do tego śnieżnobiała, w jasności tej trwała – nosz, malowanie na lata!
Przyszła farba. Serce mocniej zabiło. Gdy już udało mi się zhackować opakowanie wraz ze wszystkimi jego poziomami zabezpieczeń (tektury, styropiany, taśmy), rozejrzałem się raz jeszcze po pokoju, by zapamiętać tę jego niebieskość, po czym wziąłem się za przygotowywanie do malowania.