W niedzielę, 16 maja o godzinie 17:00 w DK „Mors” w Dębicy miało miejsce widowisko taneczne „Adept i mistrz”, zorganizowane przy okazji obchodów Światowego Dnia Tańca. Światowy Dzień Tańca wypada w kwietniu, ale z powodu żałoby narodowej po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, imprezę „Adept i mistrz” przełożono na inny termin.
Pogoda była fatalna, bo już prawie dobę nieustannie padał deszcz; najchętniej to bym z domu dupska nie ruszał, ale... ktoś tam musiał robić zdjęcia i tym kimś miałem być ja. Właściwie zamierzałem skupić się jedynie na
występie grupy tanecznej ARA, ale jak mawiają (albo mawiać dopiero zaczną) „okazja czyni zdjęcie” i jeśli użyć liczby mnogiej, to okazji powodujących powstawanie zdjęć miałem pod dostatkiem. Nie ja jeden z resztą, bo aparatów z ludźmi było sporo, ale w tym wpisie skupiam się na sobie. Może poza jednym wyjątkiem: pozdrowienia i wyrazy szacunku dla pana, który cholernie mnie zagiął - niemalże zawstydził. Pan ów, no cóż... spójrzcie na aparat, którym pracował:Wyrazy uznania! Choć sam nie kadruję via LCD i staram się ograniczać rolę automatyki do minimum, to ze swoją cyfrową lustrzanką i tak czułem się przy Panu jak uczniak. Bardzo chciałbym zobaczyć te zdjęcia. Ehh.. tak wziąć i wdrepnąć w świat negatywów... może kiedyś, gdy do tego dojrzeję - albo wcale.
Wróćmy jednak do głównego tematu tego wpisu :) Widowisko podzielone było na dwie części. W pierwszej odsłonie wystąpiły zespoły początkujące, ze skromnym portfolio występów. W części drugiej natomiast zatańczyły grupy bardziej doświadczone, które miasta, w jakich dotąd występowały, lepiej poznają po deskach scen i garderobach, niż np. po zabytkach :)
Najbardziej podobał mi się występ rzeszowskiego Teatru Ulicznego „ZONE”, któremu poświęciłem sporą część fotorelacji. Najbardziej wkurzał mnie reflektor, obok którego siedziałem.
W poniższej galerii zdjęć nie znajdziecie wszystkich zespołów, które wzięły udział w widowisku "Adept i mistrz". Nie byłem tam dla organizatora lub mediów, więc mogłem i pozwoliłem sobie fotografować tylko to, na co miałem ochotę, lub też na co sprzęt mi pozwolił. Dobry sprawdzian był to dla mnie i dla moich fotoklamotów; prądu starczyło, miejsca na kartach brakło (trza dokupić), brakło również jasności obiektywom - tu półśrodkiem mogłaby być łaska producenta sprzętu, gdyby ten raczył udostępnić wyższą maksymalną czułość. Jasny, najlepiej uniwersalny obiektyw na takie okazje trza będzie kiedyś kupić. Grunt, że wyszedłem obronną ręką, zdjęć zrobiłem więcej niż chciałem i teraz mam przyjemność zaprosić do ich obejrzenia. Malutkie są, bo dużo ich (121 sztuk).