Po wczorajszej sesji z mgłą bateria padła. Nie od razu, ale już podczas zrzucania zdjęć świeciła rezerwa. Dokończyłem szczęśliwie transfer zdjęć, wyłączyłem aparat i wyjąłem wyczerpany akumulator. Był to zamiennik oryginału Olympus BLM-1, który swego czasu kupiłem na Allegro - miał pełnić rolę awaryjnego źródła zasilania w na okoliczność wystąpienia przysłowiowego „W”. No i był, kurde, do wczoraj. Wpiąłem go do ładowania i zdziwko zaliczyłem niemałe: dioda kontrolna ładowarki wzięła i najzwyczajniej w świecie mrugać zaczęła. Nic o mruganiu w instrukcji Olympusa nie ma: ładowarka świeci w sposób ciągły albo na czerwono (gdy ładuje), albo na zielono (gdy skończy ładować). A ta moja, za przeproszeniem, mrugała.Osiodłałem Google i galopem zwiedziłem kilka stron. Potwierdziło się to, co wiedziałem, czyli że nic nie wiedziałem o mruganiu diody i że w niewiedzy tej byłem usprawiedliwiony z racji braku wzmianki w instrukcji. Dowiedziałem się natomiast tego, że nie tylko u mnie dioda zamrugała, bo u innych też tak zrobiła. I co najciekawsze: u tych innych ich również podczas ładowania zamiennika właśnie. By je szlag jasny te wszystkie zamienniki!
Nic to: po dobie (z kilkugodzinnym hakiem) dałem sobie spokój z ładowaniem zepsutego akumulatora produkcji tzw. chińskiej. Aparat też mam z Chin, ale technologia, licencja i marka japońska. I aparat mój Made in China działa - w przeciwieństwie do tandety go zasilającej. Przypominam sobie, że w opisie aukcji, na której feralny akumulator kupiłem, widniała informacja o trendzie panującym wśród dystrybutorów zamienników - trendzie zawyżania pojemności wszelkiej maści baterii do fantastycznych wręcz poziomów. Oryginalny akumulator w Olympusie E-520 ma pojemność 1500 mAh, a jego podróbka vel. zamiennik tę wartość ma prawie dwukrotnie większą i wynosi ona 2900 mAh. I co z tego, skoro ta dwa razy większa pojemność zastępcza działa o połowę krócej?
Ciąg dalszy "Dioda w ładowarce miga? Zamiennik do wywalenia."
No i nie wytrzymałem. Taka cudowna mgiełka przyszła, że nie wysiedziałem w domu, wziąłem i ze sprzętem na ramieniu polazłem na miasto. Nie chciałem iść, ale nie potrafiłem oprzeć się pokusie. Długo walczyłem: a to rozsądkiem i płynącymi zeń argumentami, a to bardziej na chama systemem „nie bo nie i kropka”.
Siedziałem sobie rano i walczyłem ze stroną, którą kuzynce swojej robię. Za oknem pogoda taka, że nawet własnego psa bym na dwór nie wypuścił. Nie mam psa, ale czysto hipotetycznie. Nie padało, ale dużo wody w powietrzu wisiało. W okolicach godziny ósmej zaobserwowałem, że ta mgła z każdym kwadransem gęstnieje, miast opadać, jak jej popularniejsza, poranna siostra. Łypałem okiem w okno i z każdym kolejnym łypnięciem coraz mocniej mnie telepało. Niemal czułem linę przywiązaną do mojego pasa, za którą to ktoś ciągnie mnie przed blok.
Nie chciałem się z domu ruszać, bo przecież strona i problem z nią sam się nie rozwiąże, ale kiedy zawiesina za oknem zaczęła pochłaniać stojącą 15-20 metrów od ściany bloku wierzbę, nie wytrzymałem. Szlag, fuck i inne takie leciały, ale jak w transie naciągałem na dupę wyjściowe gacie, jednocześnie sprawdzając w pamięci, czy sprzęt mój aby gotowy do użycia jest. Czyściłem jakoś niedawno (nową szmatkę trzeba było ochrzcić), akumulatory naładowane, a przynajmniej zapasówka... Powinno być ok, wszystko w torbie jest (sprawdziłem szybko) - no to w drogę, bo mi mgła ucieknie!Cudownie! Dużo, dużo mgły! Troszeczkę obawiałem się o aparat, bo super szczelny, to on nie jest, a wilgoci w powietrzu w cholerę... raz się żyje, w końcu deszcz nie leje, a we mgle inną delikatną elektronikę nieraz użytkowałem i nic złego się jej nie stało.
Z domu wyszedłem o 9 i wtedy to mgła była tak gęsta, że odpowiednio długim nożem dałoby się ją ciąć. Pierwsze zdjęcia ulicy zaskoczyły mnie; tak strasznie były zamglone, że aż nieprawdopodobnie to wyglądało. Gdybym miał je tylko w JPG-ach, to przyczyny takiego zamglenia szukałbym w zjechanym poniżej wszelkich możliwych wartości kontraście, ale do cholery miałem RAW-y i wyglądały równie mlecznie! Próby podciągania kontrastu nawet w RAW-ach spełzały na niczym; z pustego i Salomon nie naleje - taka mgła i już.
W późniejszych kwadransach widoczność stale się poprawiała; obskoczyłem Rynek, Kolejową i chciałem jeszcze parę innych miejsc zaliczyć, ale pod urzędem pocztowym (wstąpiłem coś wysłać) spotkałem wujka swego i resztę mgły przegadaliśmy. Trudno, zdjęć i tak się nazbierało sztuk 53. Zapraszam do obejrzenia :)
Ciąg dalszy "Miasto we mgle - zdjęcia"