No i pozostało trzymać kciuki za swoich faworytów z lig zagranicznych. Ostatnia polska nadzieja w europejskich pucharach, podobnie jak przed rokiem: Lech Poznań. Za burtą. Po dramatycznym meczu, festiwalu nieporadności poznańskich gwiazd i kulawym komentarzu telewizyjnym żegnamy się z Ligą Europejską. Mili państwo, drodzy telewidzowie: to koniec! Mamy wspaniałych piłkarzy i cudowną polską myśl trenerską, ale to pryszcz przy naszej bucie i durnowatej wierze w to, że „tym razem to już na pewno przyszedł ten moment chwały”. Belgijski Club Brugge wygrał dwumecz z Lechem Poznań i tym samym awansował do fazy grupowej dawnego Pucharu UEFA. Kolejorz wygrał we Wronkach 1:0, ale w rewanżu przegrał 0:1. Stan rywalizacji wyrównał się, więc koniecznia była dogrywka - ta jednak nie wyłoniła zwycięzcy, więc nie pozostało nic innego, jak rozstrzygnąć konfrontację konkursem rzutów karnych. 4:3 dla Brugge i Lech wraca do domu. Szkoda...
Szkoda, że nie jesteśmy w piłce tak mocni, jak mocni jesteśmy w poporażkowym gdybaniu. Gdyby był Smuda, to co by było? No co? No, nie byłoby Zielińskiego. Fakt, mnie osobiście Lech pod wodzą Zielińskiego wydaje się być bardziej cipowaty, niż w poprzednim sezonie, kiedy za sterami siedział Smuda. Gdybam? A tak! Nie zmieni to jednak faktu, że wraz z Franzem odeszła zadziorność i charakterność Lecha. Jestem pewien, że gdyby w poprzednim sezonie mieli solidnego bramkarza, jak choćby teraz Kasprzika, to mogliby osiągnąć więcej. Zresztą co mnie to obchodzi.
Zainteresowani niech se dyskutują nad grą poszczególnych zawodników, pracą trenera czy też całej drużyny. Niech se gdybają, wszak takie gdybanie powoli staje się narodowym sposobem przedłużania egzystencji polskich drużyn w ważnych rozgrywkach. Fachowcy, fachowcy od fachowców i krytycy krytyki niechaj dyskutują, wróżą, prognozują i gdybają, a ja rozejrzę się za jakąś egzotyczną drużyną, za którą kciuki swe pościskam tak długo, jak długo będzie grać w europejskich tasiemcach.Z niecierpliwością za to czekam na najbliższe eliminacyjne mecze naszej repry. Chcę znowu obejrzeć mecz, a dnia następnego poczytać o kolejnym narodowym bohaterze tegoż spotkania, który jest nadzieją, ostoją, wzorem i kolejnym towarem do opylenia Realowi, Menczesterowi czy innemu piłkarskiemu krezusowi. Nie obstawiam, kto zachwyci pismaków, ale już teraz oznajmiam, że gówno obchodzi mnie, co owi herosi zjedli po meczu, czy bez im smakował, a polskie powietrze nie było za kwaśne. No bo co kogo obchodzi, że Obraniakowi żurek smakował? Niech się zażera nim, aż mu
zgaga rurę przepali. Co mnie to... Ważne jest, jak gra, a nie co je. Importowaliśmy piłkarza, czy recenzenta/lobbystę swojskiego jadła?