Pewnie są gdzieś jakieś poradniki o robieniu zdjęć piorunom, ale ja sobie to sam wykminiłem :) No, z pomocą Bodka, bo to on natchnął mnie swoim
wpisem o bazgraniu po zdjęciach.
Wczoraj bozia pokarała nas piękną burzą z eleganckimi błyskami. Szlag mnie strzelał, bo w czasie, gdy najpiękniejsze pioruny waliły raz za razem, aparat mój spoczywał sobie w szafce, a jak tkwiłem na drugim końcu miasta. Udało mi się jednak załapać na końcówkę piorunowego show. Jednak niedosyt czuję cholerny, bo te pojedyncze świetliste pierdnięcia, to już nie to samo, co mogło być, gdybym przez całe popołudnie nosił ze sobą aparat.
Zdjęcia poniżej tu zamieszczone robiłem z okna, które niestety musiało być zamknięte z uwagi na napierdzielający pod kątem deszcz. Po tej sesji zza szyby wiem jedno: takie foty, to najlepiej robić z jakieś budy na jakimś wzniesieniu lub dużego, zadaszonego tarasu. Z okna - nawet otwartego - trochę męczarnia jest, bo burza dookoła, a z jednej strony słupek, z drugiej parapet, tam klamka, gdzieś indziej termometr... Rozkładając w pokoju statyw wahałem się jeszcze, czy nie wziąć i nie pójść na taką jedną łąkę zaraz za osiedlem. Pomysł ten szybko porzuciłem, bo z metalowym, półtorametrowym statywem sterczącym pionowo ku górze byłbym na tej łące zbyt łatwym celem ;) Zdjęcia robiłem więc zza zbryzganej kroplami rzęsistego deszczu szyby...