Nie samym horrorem, thrillerem i komedią człowiek żyje i od czasu do czasu dobrze jest nieco urozmaicić swoje filmowe menu serwując np. jakiegoś melodramatycznego smęta. Zwykle bez akcji, z leszczowatą fabułą i bez jaja... ale człowiek czasem musi się odmóżdżyć.
Ja, fan dreszczowców oraz szalonych komedii, postanowiłem oddać się degustacji innego gatunku: melodramatu. Podejrzewam, że niemały wpływ na wybór właśnie takiego gatunku miał fakt obejrzenia przed niespełna czterema miesiącami megazajebistego filmu pt. „Casablanca”. Film ten mnie zmiażdżył - sam do końca nie wiem czym. W dużej mierze na pewno klimatem i wykwintnym smakiem starego kina.
Oto moja skromna recenzja "Casablanki".
Recenzowane w tym wpisie filmy „Pamiętnik” i „Życie jest piękne” są melodramatami bardziej współczesnymi. Nie znaczy to jednak, że smakują plastikowo - o nie! Każdy z nich jest inny, ale obydwa łączy jedna cecha: obraz trafiający do widza świetnie pasuje do czasów, a w których toczy się akcja. Nowszy „Pamiętnik” to obraz, którego wyjątkowości typowy przeciętny pożeracz filmideł nie znajdzie. Bo to film, jakich wiele kręci się w tych czasach.
Natomiast produkcja „Życie jest piękne”, przenosząca widza w czasy drugiej wojny światowej, wręcz pachnie starością. Ale starością taką z lat późniejszych: 60'-70'. Przynajmniej w moim odczuciu.
Tak czy inaczej obydwa filmy obejrzałem z niekłamaną przyjemnością, a po zakończonej projekcji towarzyszło mi uczucie wypełnienia pewnej luki powstałej w wyniku zamknięcia się twardo na trzy faworyzowane gatunki.