
W czasach, gdy 1 GB RAM jest już właściwie standardem, swapy stają się najzwyklejszymi zamulaczami. Podczas normalnego, przeciętnego użytkowania systemu zwykle na partycji wymiany zalega od kilkunastu do kilkudziesięciu MB danych - w porywach do ponad stu. Im większe zajęcie swap, tym ciężej systemowi się rozbujać.
Wyliczyłem sobie, że chyba cud musiałby się stać, aby po wyłączeniu swap-u brakło mi RAM-u. Zaryzykowałem (ryzyko żadne, ale mówić trzeba o nim w kontekście każdego eksperymentu) i zainstalowałem na nowo ten sam system - Ubuntu 8.10 - tym razem jednak odmawiając mu prawa do partycji wymiany. Pamiętałem dobrze, jak hulał ze swapem: co jakiś czas występowała zamułka spowodowana wyciąganiem przez system jakiejś swapowej drobnicy.
Nową, bezswapową instalację popełniłem na jednej partycji (/, /home itd. w jednym). Uruchomiłem, poklikałem, poużywałem, podziałałem i po paru godzinach uznałem, że swap jest niepotrzebnym balastem - przeżytkiem wymyślonym laaata temu, który w czasach dzisiejszych nie pozwala rozwinąć Tuxom skrzydeł.
Nie wiem jak w serwerowych i innych niekonwencjonalnych dla desktopowców zastosowaniach, ale w domowych swap jest swoistą kotwicą, której ciężar jest wprost proporcjonalny do ilości danych jemu powierzonych.
Jeżeli posiadasz ponad 1 GB pamięci RAM, możesz śmiało wypierdzielić partycję wymiany. Zrezygnuj i niech te drobiazgi oddelegowane na swap nie będą za każdym razem wyciągane z dysku; niech siedzą w najszybszej pamięci komputera i niechaj całość się bez zająknięcia buja!!!
Ale wcześniej sprawdź, jak u Ciebie wygląda zużycie pamięci i partycji wymiany. Obserwuj, sumuj i analizuj, byś później nie miał do mnie pretensji ;) Ja se mam 1,5 GB RAM: zwykle system zajmował od 220 do ponad 400 MB RAM (przy włączonych programach), a na swapie zalegało najczęściej 20-60 MB różności. Rachunek więc prosty :)