Oooo taaaak... ufff... jak Bosko!!! Cel osiągnięty i jest: pełen relax & satysfakcja milion. Niechaj trwa ten stan jak najdłużej!!!
Bo tak to się musiało skończyć...
Wraz z wiosennym przesileniem dopadła mnie zamuła w najgorszym jej gatunku. Brak weny i chęci przechodzący momentami w obrzydzenie do wszystkiego, co stanowiło codzienności mojej treść. Po prostu rzygać mi się tym wszystkim chciało.
To druga taka konkretna deprecha w historii mojego bloga.
Pierwsza miała miejsce przed dwoma laty z hakiem i przeszedłem ją dosyć grubo - wszak nawet bloga zamierzałem zwinąć ;)
Sojer fajnie zdefiniował ten stan nazywając go „zmęczeniem materiału”. Trafił w sedno, skubany, a ja, po tłustym odpoczynku, znów byłem jak nowy. Podobnie działo się w ostatnich tygodniach; z dnia na dzień w coraz większym stopniu zmuszałem się do rzeczy, które, gdy jestem na fali, sprawiają mi cholerną frajdę! Bezcenne doświadczenie podpowiedziało: „powtórka z rozrywki, Miszczu! Urlop racz wziąć, bo inaczej ciebie diabli wezmą i nawet szlag cię trafić nie zdąży”. Postanowiłem odpocząć; zresetować świadomość i podświadomość.
Na kilka dni całkowicie odciąłem się od poczty, blogosfery, forów i całej reszty. Wolny czas spędzałem z aparatem fotograficznym. Pomogło :)
Zajebista sprawa wziąć tak aparat w łapę, statyw na ramię i nie bacząc na pogodę wybrać się na długi spacer. Podczas swoich samotnych wędrówek z aparatem zaliczyłem: mgłę, halniak i dwukrotnie deszcz. Skończyło się to lekkim przeziębieniem, ale tona zdjęć sprawiła, że nawet przez moment nie żałowałem :)
Ostatnia sesyjka w plenerze (poniedziałek przed świtem) okazała się być nad wyraz owocną - mgła, deszczyk i miejscówka z potencjałem :) Żałuję tylko, cholera, że tak marnym sprzętem dysponuję... Ponoć nie liczy się różdżka, tylko czarodziej ;) Zaiste, ale w fotografii nie tak oczywiste...