Po różnych perypetiach własnych z testowymi wersjami Debiana zdecydowałem, że stabilna wersja tego systemu będzie wyborem najlepszym. To nic, że wersje oprogramowania nie najnowsze: przede wszystkim ma być szybko i stabilnie. I tak oto trwałem przy swoim, do czasu. Przeczytałem, że zamrożono linię testową Lenny w celu dokładnego odpicowania szczegółów. Zdarłem więc CD1 (DVD nie chciało mi się drzeć, bo i tak później ręcznie dociągam co mi potrzeba), wypaliłem i położyłem pod nosem, by nie odwlekać sprawy w nieskończoność. Wersja obrazu mojej płyty pochodzi z 8 września, zdarłem go chyba 9-ego. Tak czy owak z dziesięć dni potrzebowałem by zabrać się za instalację. To w dużej mierze zasługa dupowatego piątku: niby weekend, niby powinna się paszcza z tego powodu cieszyć, ale za oknem szaro i buro któryś dzień z kolei, w dodatku bez szans na poprawę w najbliższych 48 godzinach. Po obiedzie zdecydowałem, że czas już zacząć weekend. Praca poczeka do poniedziałku, i tak moja produktywność na poziomie do zera zbliżonym.
Instalacja poszła gładko. Jako, że płyta nie była już taka znowu najświeższa (nowe kompilacje pojawiają się co tydzień) zdecydowałem o instalacje z kabelkiem od neta wpiętym w kompa swego. Tak więc instalator sam sprawdził aktualizacje, ściągnął to, co nowsze i dopiero zrobił z tym to, do czego został stworzony. Aktualizacji sporo było: sądząc po czasie trwania downloadu coś w granicach 350-400 MB.
Ciąg dalszy "Debian coraz łatwiejszy"