
Jeśli mam być szczery, to koncert był taki se. Nic wielkiego, ale żałować pójścia też nie ma co. Oprawa podobna jak przy okazji koncertu Feel, tj: gofry, wata cukrowa, jakieś karuzele etc. Jednak Dżem to taka kapela, której przybycie gwarantuje granie na najwyższym poziomie. Tak właśnie myślałem przezwyciężając cholerny ból głowy, który towarzyszył mi od rana. Makówka pękała mi w szwach albo od kawy, albo od tabletek, albo od kataru, który nimi (bletkami) leczyłem. Tak czy owak od samiuśkiego rańca wymięty i obolały niemiłosiernie byłem, ale na koncert Dżemu polazłem i czynu tego nie żałuję. Spotkałem sporo (nawet bardzo sporo) starych znajomych (w tym moją nierodzoną, bo przyszywaną, siostrę), pogibałem się nieco z kobitką swą i pozbyłem się owego cholernego bólu głowy. Nie tak od razu, ale świeże powietrze + tony decybeli skutecznie poradziło sobie z moimi dolegliwościami. Szczególnie końcówka, kiedy to dźwięk harmonijki do spółki z gitarami bezlitośnie ranił me uszy: bolało, w uszach piszczało i to rwanie łba odeszło na dalszy plan. Dzięki.
Zanim przejdę do jakiejkolwiek relacji z koncertu Dżem, uprzedzę, że fotek nie mam. Co prawda, szwagierka rzuciła pomysł, aby zabrać ze sobą aparat, ale po co? Dżem wszyscy znają, pod scenę i tak się nie wbijemy, a ludzkie głowy od tyłu sfotografować można w kościele na niedzielnej mszy. Jeśli więc zdjęcia w tym wpisie się pojawią, to będzie to jakaś podlinkowana galeria: najprawdopodobniej Sojera z
Miasto Ma Głos. Jeśli takowa się pojawi, to w tytule tego wpisu znajdzie się "+ update".
Ok, tyle tytułem wstępu, teraz krótka relacja z koncertu pisana przez osobę, która na co dzień nie słucha Dżemu :)