Bez żadnej żonglerki własnymi wnioskami opowiem Wam, jak to w czwartek znalazłem rannego jelenia i próbowałem zorganizować mu pomoc. Pisze "ja", ale powinno być "my" (czyt. ja i moje kochanie). Do rzeczy więc: w czwartek późnym popołudniem, w czasie, kiedy większość po ciężkim dniu pracy leży brzuchem do góry, wybraliśmy się na niedługi spacerek po okolicy. Wokoło drzewka, ziółka, trawa, kwiatki i inne chabazie (dla alergików istny czyściec nosów), a pośrodku my. Brzmi romantycznie i niekomputerowo, a to nie wszystko, bo mojej zachciało się bukietu polnych kwiatów. Trochę pośmierdującego rumianku (zaparzony pachnie milionkroć lepiej) no i bławatki, których tego dnia było jak na lekarstwo. Czekając, aż sobie tego fioletowego kwiecia nazrywa, rozglądałem się w poszukiwaniu nie_wiem_czego. Stałem sobie na ścieżce biegnącej powyżej poziomu otaczających mnie pól i w pewnym momencie wzrok mój zatrzymał się między przydrożnymi krzewem, a drzewem. Zobaczyłem brązową plamę sierści i wielkie, czarne oko. Na pierwszy rzut oka przypominało to wielką, końską głowę, ale tylko przez moment. Gdy podszedłem kilka kroków bliżej, ujrzałem nos, uszy, różki i mnóstwo much na dupie.
Ciąg dalszy "Zraniony jeleń i zagadkowy sznurek (update)"