Od rana z jednego okna w bloku obok dobiegały dźwięki studyjnego grania Feel. Myślę sobie "dziś koncert, ktoś pewnie się przygotowuje". Na mieście pod jednym ze sklepów trzy baby w średnim wieku i jedna z nich na odchodnym zawołała do tych dwóch pozostałych: "a idziecie dziś na Feel'a?". Nieco później jakieś trzy małolaty pod klatką zasłuchane w Feela wyjącego z jakiegoś Sony Ericssona. Co zrobić, dziś Feel gra w mojej zabitej dechami metropolii, a że wstęp za free, to kto żyw... nie, nie wszyscy tam idą. Na pewno nie idziemy MY na ten festyn, który mógłby się mienić parafialnym, gdyby do mikrofonu dopuszczono proboszcza ;) Koncertu jeszcze nie było, bo za dwie godziny (o 20-ej) się zacząć ma. Zapewne jakieś opóźnienie będzie, żeby ludziska pod sceną się stęsknili bardziej i bardziej piszczeli, kiedy w końcu ich idole raczą się ukazać i przywitać. Toż to dębickie Juwenalia 2008! Jak widać, sponsorzy dopisali - i dobrze, bo pamiętam, jak narzekali goście, którzy organizowali pierwszy raz tą studencką imprezę. Wszyscy byli chętni do sponsorowania, ale kolejnych imprez. A teraz Feela ściągnęli, który niedawno grał w Rzeszowie i tam za wjazd trzeba było wybulić całe cztery dychy. A tu za darmo. I ciul z tym, że w tygodniu, bo i tak na murawie ciasno będzie.
Nie lubię takich festynowych imprez, nawet wtedy, gdy grają megagwiazdy. Z osiemdziesiąt procent publiki stanowić będą ludzie, którzy tego nie słuchają, nie są fanami, a zjawią się, bo za darmo będą mogli sprawdzić, jak te gęby znane z mediów wyglądają na żywo.
Ciąg dalszy "Feel w Dębicy - się znaczy: festyn"