Jutro wigilia. Jak świąt nie znoszę, tak wigilijne żarełko: barszcz z grzybami i ruskie pierogi ubóstwiam. Jutro się nimi porządnie najem, coby na pasterkę silnym być. Kolejne dwa dni, to znienawidzona przeze mnie wystawa masek. Starsi bywalcy bloga zapewne pamiętają wpis pt. "Żywa, świąteczna wystawa masek", w którym było o tym, że wszyscy tacy serdeczni, mili, ich buźki takie uśmiechnięte, jakby były wyjęte z rozkładówek kolorowych czasopism dla kobiet. Ciężko strawić taką sztuczność, no ale tacy już ludzie są. Ja strajkuję i nie ubieram się w żaden wymuszony uśmiech. Jeśli ktoś się głupio zapyta, czego się nie uśmiecham, to powiem, co myślę o suszeniu zębów dla samej idei suszenia. Nie jestem Paris Hilton, żeby szczerzenie zębów traktować na równi z utrzymywaniem równowagi albo oddychaniem. Najchętniej zrobiłbym własną wigilię dla tych, którzy są najbliżsi mojemu sercu, a już niekoniecznie wiszą na tej samej, co ja, gałęzi genealogicznej choinki :)
Ciąg dalszy "Merry Christmas"