Jak za dawnych, dobrych gryp zechciałem sobie jakiś film obejrzeć - jedną sztukę, bo niespecjalnie miałem ochotę na więcej. Wybór padł na wypożyczoną przez młodego komedię "O dwóch takich co poszli w miasto" i teraz, po obejrzeniu, taka oto skromna recenzja. Na moje pytanie o tematykę filmu padła odpowiedź "obszyd totalny", tak więc nie pozostało nic innego, jak ten obszyd obejrzeć. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Niewiele jest filmów, które zaczynają się z takim jajem, jak "O dwóch takich...". Początek filmu, do momentu, gdy automat przy szlabanie na autostradzie połknął 35 centów, był świenty: dusił mnie śmiech przeplatany kaszlem. Niestety, w dalszej części filmu nieco spadło tempo i pałer, niektóre gagi wydawały się być wklejone na siłę, ale kilka innych niszczyło :) Końcówka filmu, to już standard tego typu produkcji: klasyczny happy end i co ciekawe, chociaż motywem przewodnim filmu wcale nie był wątek miłosny (wszystko kręciło się wokół hamburgerów, frytek i coli), to jednak taki romansidłowy akcent miał miejsce na końcu.
Ciąg dalszy "O dwóch takich co poszli w miasto"