Zdarzało mi się pisać „po czasie”, ale nigdy nie zdarzyło mi się spóźnić aż tyle, ile w przypadku tego wpisu. 30 lat. Czaicie? 30 lat temu ten wpis byłby „na czasie”. Albo i odrobinę dłużej. Gdy to sobie uświadomiłem, zawahałem się, czy aby nie odpuścić sobie tego tekstu. Bo po co pisać, skoro po takim czasie nawet odgrzewaniem kotleta tego nie da się nazwać. A jednak zdecydowałem się pisać – z jednego, konkretnego powodu, o którym na chwilę zapomniałem, a który pojawił się jeszcze przed myślą o scharakteryzowaniu bohatera wpisu.
Tym głównym powodem była i jest chęć zainteresowania Was „gratami”, które walają się po strychach, piwnicach, szafach, szafkach i garażach. O sprzętach starych, zastąpionych nowymi: technicznie atrakcyjniejszymi, bogato wyposażonych i o modnym wyglądzie, ale odstających jakością, trwałością i klimatem od tych starych. Ile takich „rupieci” wala się w naszych prywatnych lamusach? A ile zalega u Waszych bliskich, znajomych, rodziny? Ile czeka na wywalenie na śmietnik przy najbliższej okazji, a tych okazji było już kilka, tylko jakoś żal wyrzucać?
Przyznam, że u mnie takich staroci bardzo niewiele, ale okazało się, że wystarczająco, abym uruchamiając jeden z nich mógł zachłysnąć się uczuciem szczęścia, niczym znalazca najprawdziwszego skarbu. Tak było w przypadku starego (rok produkcji 1980) wzmacniacza Hitachi HA-3800, który od lat walał się u mnie po różnych szafkach i kątach. Niedoceniany, trzymany jako ostatni rezerwowy na wypadek, gdyby sprzęty mające pierwszeństwo odmówiły posłuszeństwa. Słuchałem go niedawno przez chwilę: na kiepskich kolumnach i nagraniach w mp3 zapodawanych z komóry. Działał - tyle wtedy chciałem wiedzieć. W końcu – ze dwa tygodnie temu – postanowiłem Hitachi sprawdzić na dobrych kolumnach i dobrych nagraniach.
Podłączyłem, włączyłem, usiadłem i... szok, szał, opad szczeny i wielkie „łał!”. Toż to było to, na co od wielu miesięcy polowałem! Muzykalny, ciepły, dynamiczny, z kopem, detalami i pięknym basem. Takiego poszukiwałem, a pod nosem go miałem. Siedziałem słuchając oniemiały, a Hitachi stał w miejscu etatowego amplitunera i nieprzerwanie czarował mnie swoim brzmieniem.
Czar jednak prysł po kilkudziesięciu minutach, kiedy w jednym kanale pojawiły się trzaski i pyrczenie. Onkyo wrócił więc na swoje miejsce, a Hitachi zawiozłem do remontu. Zafundowałem mu dokładne czyszczenie i wszelkie konieczne naprawy. Zadanie przywrócenia wzmacniaczowi drugiej młodości powierzyłem panu Tadeuszowi, którego polecił mi mój przyjaciel. To był dobry wybór. Fachowiec i pasjonat w jednym.
Po kilku dniach Hitachi wrócił do mnie: wyglądał na kilkanaście lat młodszego, a zagrał jak nowy. Dorzuciłem do niego tuner z tej samej serii i mam teraz pięknie grający zestaw. Nad jednym tylko ubolewam: nad brakiem odtwarzacza płyt CD do kompletu. Muszę szukać innego cd playera, który będzie wizualnie pasował do sprzętu.
Ciąg dalszy "Hitachi HA-3800 - druga młodość vintage"